Ksero to nie zawsze niewinna sprawa. Co student prawa powinien wiedzieć o prawie autorskim?
Czy można skserować cały podręcznik? Udostępnić e-booka znajomym z roku? Pobrać PDF z internetu? O studenckich realiach, granicach dozwolonego użytku i konsekwencjach naruszenia prawa autorskiego rozmawiamy z Marcinem Kruszewskim – twórcą kanału „Prawo Marcina”.
Olga Błachnio: Skończył Pan prawo na UW. Patrząc z dzisiejszej perspektywy – czy była to dobra decyzja?
Marcin Kruszewski: Nie wpiszę się w głos płynący z różnorakich stron, a w szczególności z mediów społecznościowych, że wykształcenie wyższe nie jest już potrzebne, a etos studiów się całkowicie zdewaluował. Rzeczywiście, szybko zmieniający się świat i rozwój sztucznej inteligencji powodują, że często wykonujemy zawody, które nie istniały jeszcze kilka lat temu, albo nawet wykonując te klasyczne, znacząco zmieniliśmy model pracy, ale dyplom uczelni wyższej, szczególnie o tak dużej tradycji jak Uniwersytet Warszawski, w najgorszym przypadku nie przeszkadza, a moim zdaniem wręcz pomaga w osiągnięciu sukcesu na rynku pracy.
Samo ukończenie prawa na UW to nie tylko dobrze wyglądający dyplom czy przepustka do rozpoczęcia kariery zawodowej. Choć obecnie liczba absolwentów prawa jest bardzo duża, a rynek wydaje się nasycony, to ten kierunek studiów wciąż pozostaje jednym najbardziej uniwersalnych. Wypełniony praktyczną dawką wiedzy zainteresuje nie tylko tych, którzy planują wykonywać stricte prawnicze zawody, to również zestaw narzędzi ułatwiających pracę w wielu innych branżach. Od własnego biznesu po instytucje finansowe czy działy HR. Oswojenie się z aktami normatywnymi, specyficznym językiem czy logiką, jaka przyświeca obowiązującym regulacjom, daje większe poczucie sprawczości nawet w codziennym życiu, jakąkolwiek ścieżkę byśmy wybrali. Wielu moich znajomych prawników po ukończeniu studiów wcale nie wybrało tradycyjnej ścieżki kariery, duża część z nich nie tylko nie zdecydowała się na wykonywanie typowo prawniczych zawodów, ale wielu z nich wręcz całkowicie zrezygnowało z pracy bezpośrednio związanej z prawem. Mimo to jednak nawet ci, którzy wybrali pracę w branżach z pozoru leżących na odległych od prawa antypodach, wciąż korzystają z wiedzy i umiejętności zdobytych na studiach.
Prawo jest ponadto nośnikiem wielowiekowej tradycji oraz kodu kulturowego świata zachodniego. Jeśli ktoś ukończy te studia świadomie i z zainteresowaniem, koncentrując się na wybranych dziedzinach, a nie tylko przemknie się przez kolejne egzaminy, wyniesie dużo z ich interdyscyplinarnego charakteru. Prawo daje to, czego brakowało w szkole – wiedzę o schematach wpływających na codzienne życie. Prawo to też studia dające dużą swobodę i mało obowiązkowych zajęć. Przytłoczony ilością obowiązków w czasach liceum, byłem zaskoczony, że można mieć tyle wolnego czasu, przyswajając jednocześnie stosunkowo duże partie materiału. To kierunek, który do minimum ogranicza obowiązkowe zajęcia, dając przestrzeń nie tylko na studenckie życie, ale i szybkie rozpoczęcie zawodowej pracy.
A jak ocenia Pan samą uczelnię?
Uniwersytet Warszawski, a w szczególności Wydział Prawa i Administracji, gdzie ukończyłem studia prawnicze, zaskoczył mnie otwartością na indywidualne potrzeby i swobodą, którą oferował mi jako studentowi. Sama formuła studiów prawniczych na UW daje nie tylko możliwość wyboru interesujących nas dziedzin czy przedmiotów, ale i każdorazowo prowadzących ćwiczenia. Brak narzucania odgórnie całej ścieżki nauki pozwala dostosować tryb studiów do indywidualnych potrzeb studenta. Choć wielu nauczycieli wieszczyło, że na studiach zatęsknimy za szkołą, to studia zdecydowanie były dla mnie najlepszym i najbardziej satysfakcjonującym etapem edukacji.
Co było po studiach? Jak wyglądała Pana droga do wykonywania zawodu prawniczego?
Wybrałem stosunkowo nietypową ścieżkę. Po studiach rozpocząłem satysfakcjonującą pracę w dziale prawnym. Zajmowałem się prawem spółek handlowych i prawem konsumenckim, choć był to czas wielu ciekawych doświadczeń i intensywnego rozwoju, brakowało mi bardziej holistycznego podejścia do prawa. Rynek dziś wymaga, w szczególności od młodych prawników, skupienia się na bardzo wąskich i specyficznych dziedzinach, ja natomiast już podczas studiów lubiłem mieć styczność z wieloma zagadnieniami, często z bardzo odległych obszarów. Prawo to system naczyń połączonych i znajdowanie tych połączeń daje największą satysfakcję. Ponadto chciałem o prawie mówić innym językiem, często zdobywając wiedzę, ucząc się specjalistycznego języka, tracimy umiejętność opowiadania o naszej pracy w sposób zrozumiały dla kogoś, kto nie jest ekspertem, a prawo przecież tworzy się nie dla prawników dla tych, którzy mają się nim posługiwać w codziennym życiu.
To wtedy pojawił się pomysł na kanał „Prawo Marcina”?
Prawo Marcina powstało z chęci mówienia o prawie z osobami niebędącymi prawnikami i tłumaczenia zawiłych zagadnień z języka prawnego na polski. Prawo fascynowało mnie jeszcze przed rozpoczęciem studiów. Zgłębiałem je – w przeciwieństwie do wielu szkolnych przedmiotów – nie dlatego, że musiałem, lecz dlatego, że naprawdę chciałem. Myślę, że to właśnie dzięki temu w ciągu 4 miesięcy działania udało mi się zdobyć milion obserwacji na Tiktoku, a dziś mam już ponad 3-milionową społeczność. Ludzie czuli, że prawo może być ciekawe i dla każdego. Tłumaczenie przepisów innym, wchodzenie w obszary prawa, których często nie wykłada się nawet na uczelniach wyższych, czy – co najważniejsze – analizowanie przepisu od podstaw, uczy pokory, pokazuje, że nie ma głupich pytań i pozwala mi jako prawnikowi zrozumieć lepiej dane zagadnienie. Często nie zastanawiamy się nad oczywistymi kwestiami, jednak gdy nad nimi się pochylimy, odkrywamy kolejne warstwy znaczeń, których wcześniej nie dostrzegaliśmy. Prawo Marcina to nie teoria, tylko prawo w codziennych sytuacjach, nawet najbardziej prozaicznych.
Jak z perspektywy twórcy internetowego ocenia Pan poziom świadomości dotyczącej prawa autorskiego wśród influencerów czy studentów prawa?
Twórcy internetowi często nie znają swoich praw, ani praw innych. Abstrahując od tematyki kanału, jaki prowadzę, wiedza ze studiów owocuje, kiedy analizuję dany przypadek, kto i w jakim zakresie może używać moich materiałów, np. korzystając z prawa cytatu, korzystam z narzędzi, jakich bez swojego wykształcenia bym nie miał. Nie zmienia to jednak faktu, że internet jest miejscem, gdzie często obok prawa autorskiego rządzi zwyczaj bardzo od niego odległy. Nawet najlepsze regulacje nie rozwiążą każdego problemu twórcy, a walka o swoje prawa to często walka z wiatrakami. To co cieszy, to rosnąca świadomość prawna influencerów. Ten sam trend zresztą dotyczy studentów. Wraz ze zwiększającą się dostępnością legalnych źródeł, darmowymi bazami czy ofertą bibliotek, mam nadzieję, że będzie rosła świadomość o tym jak oglądać, a przede wszystkim czytać i słuchać legalnie.
Aż 25% czytelników – według raportu Lubimyczytać.pl – przyznaje się do pobierania nielegalnych plików, w tym także studenci prawa. Czy ma Pan pomysł, jak sprawić, żeby zaczęli traktować prawo autorskie serio – nie tylko jako obowiązek, lecz jako zbiór zasad, których trzeba przestrzegać w tym zawodzie?
W polskich szkołach brakuje rzetelnej edukacji prawnej. Bardzo często uczymy się teoretycznych i zaawansowanych schematów, szkoła prędzej nauczy hierarchii sądownictwa niż wytłumaczy, co stanie się, jeśli nie przyjmiemy mandatu. Trudno, żeby absolwent, nawet skądinąd dobrego liceum, bez wiedzy na temat systemu prawa, wiedział, co wolno mu zrobić z utworami danego autora w granicach dozwolonego użytku, a czego nie. Skomplikowane i zmieniające się przepisy uczą nas, że w ich zagmatwaniu jesteśmy bezradni, a w systemie edukacji rządzi ten, kto ma silniejszy głos wynikający z pozycji i wieku, tworząc nawet błędną interpretację. A niestety nieznajomość prawa szkodzi, o czym mogą przekonać się ci, którzy praw twórców nie znają.
No dobrze, a co na ten temat mówi litera prawa? Jak z perspektywy prawa autorskiego powinniśmy rozumieć piractwo książek – czy można je porównywać do kradzieży książki z księgarni, czy to jednak inny rodzaj naruszenia?
Te dwie sytuacje mogą wydawać się z pozoru identyczne, jednak nie w ujęciu prawnym, ponieważ regulują je różne gałęzie prawa, mowa o zupełnie różnych czynach. Kradzież rzeczy ruchomej to czyn zabroniony stypizowany w art. 278 KK oraz w art. 119 KW, w zależności od wartości skradzionego przedmiotu (kradzież stanowi wykroczenie do kwoty nieprzekraczającej 800 zł).
W polskim prawie próżno szukać legalnej definicji „piractwa”. Potocznie określamy tak wszelkie formy bezprawnego korzystania, rozpowszechniania, pobierania czy udostępniania utworów bez zgody ich twórców lub producentów, głównie w przestrzeni cyfrowej. Piractwo najczęściej stanowić będzie naruszenie osobistych lub majątkowych praw autorskich twórcy. Za naruszenie praw autorskich (w zależności od jego formy) może grozić zarówno odpowiedzialność karna (art. 115-118 PrAut) jak i cywilna (art. 78 i 79 PrAut). Należy jednak zaznaczyć, że nie każde korzystanie z utworu bez zgody autora stanowić będzie piractwo. Ustawa przewiduje wyjątki, określane jako dozwolony użytek (art. 23–35 PrAut).
Warto zauważyć, że w przypadku piractwa i kradzieży różnić będzie się również podmiot pokrzywdzony (w ujęciu karnym) lub poszkodowany (w ujęciu cywilnym). Egzemplarz książki sprzedawany przez księgarnię stanowi własność sprzedającego. Kradzież tego przedmiotu nie wpływa w żaden sposób na prawa autorskie twórcy książki. W przypadku piractwa podmiotem poszkodowanym może być przede wszystkim twórca, ale także wydawca bądź inny podmiot, któremu przysługują prawa autorskie majątkowe.
Jeśli zaś chodzi o cechy wspólne opisanych sytuacji, to obydwie stanowią czyn bezprawny oraz są naruszeniem własności (w przypadku piractwa – intelektualnej, w przypadku kradzieży – rzeczy ruchomej).
Nie można też wykluczyć sytuacji, w której ktoś taką skradzioną książkę np. kopiuje i wrzuca do Internetu. Wtedy mielibyśmy do czynienia z pełnym szeregiem naruszeń wymienionych powyżej. Najbardziej jednak te czyny różnią się w odbiorze społecznym. O ile w naszej kulturze przyjęło się z dużą surowością i jednoznacznie negatywną oceną moralną traktować tradycyjnego złodzieja, to piractwo bywa relatywizowane czy usprawiedliwiane. Krzywda okradzionego właściciela sklepu jest bardziej namacalna i łatwiejsza do zmierzenia, niż abstrakcyjna dla wielu osób (ale tak samo realna) strata autora, którego książkę kilka tysięcy osób pobrało zamiast legalnie kupić.
Powiedział Pan, że ustawa przewiduje wyjątki określane jako dozwolony użytek. Co to naprawdę oznacza w praktyce i z czego student może legalnie korzystać?
Dozwolony użytek to wyjątek od tzw. monopolu prawnoautorskiego, czyli praw przysługujących twórcom, dotyczących korzystania i rozporządzania utworem, opisanych w art. 17 PrAut.
Zgodnie z treścią art. 23 ust. 1 PrAut bez zezwolenia twórcy wolno nieodpłatnie korzystać z już rozpowszechnionego utworu w zakresie własnego użytku osobistego. W art. 23 ust. 2 PrAut uzupełniono, że zakres własnego użytku osobistego obejmuje korzystanie z pojedynczych egzemplarzy utworów przez krąg osób pozostających w związku osobistym, w szczególności pokrewieństwa, powinowactwa lub stosunku towarzyskim. Jeśli zaś chodzi o dozwolony użytek publiczny, to obejmuje on m.in. korzystanie z utworów w działalności dydaktycznej i naukowej (np. w bibliotekach), na potrzeby informacji publicznej oraz w ramach prawa cytatu.
Czy kserując lub skanując fragmenty, a nawet cały podręcznik, łamię prawo?
W skrócie: legalność kserowania, kopiowania lub ogólnie korzystania z książki chronionej prawem autorskim, jest determinowana przez cel i formę tych czynności. Ani przepisy, ani orzecznictwo nie wskazują konkretnej liczby stron bądź procentowej objętości utworu, które można skopiować w ramach dozwolonego użytku osobistego. Limitem, który ogranicza dozwolony użytek, są przesłanki wymienione w art. 35 PrAut. W świetle tego przepisu dozwolony użytek nie może naruszać normalnego korzystania z utworu lub godzić w słuszne interesy twórcy. Słuszne interesy twórcy w świetle orzecznictwa to m.in. wyłączne prawo twórcy do zarabiania na swoich utworach.
W praktyce, jeżeli kopiujemy książkę na potrzeby osobistego użytku (np. przygotowania do egzaminu, pracy magisterskiej) lub dzielimy go z osobami bliskimi, nie potrzebujemy zgody twórcy ani nie naruszamy jego praw. Do naruszenia dojdzie natomiast, jeżeli rozpowszechnimy kopię utworu poza dozwolony krąg osobisty, np. w internecie, a także jeśli sprzedajemy kopię lub w inny sposób uzyskujemy z niej korzyści komercyjne.
W kontekście powyższego nie ma znaczenia objętość kopiowanego fragmentu czy też znaczenie tego fragmentu dla całości dzieła. Możemy legalnie skopiować nawet cały podręcznik, pod warunkiem że robimy to dla naszych osobistych potrzeb i nie zamierzamy go rozpowszechniać bądź odsprzedawać. Zwielokrotniać utwory na potrzeby archiwizacyjne mogą również biblioteki, zgodnie z art. 28 PrAut.
Wspomniał Pan o dozwolonym użytku prywatnym. A jak w praktyce wygląda dozwolony użytek publiczny? Czy nauczyciele i wykładowcy mogą swobodnie kopiować materiały na potrzeby zajęć?
W przypadku dozwolonego użytku publicznego sprawa wygląda nieco inaczej, w kontekście prawa cytatu, a także wyjątków związanych z korzystaniem z utworów w celach dydaktycznych. Cytat może zostać wykorzystany jedynie w utworze, który sam w sobie ma charakter twórczy i nie jest wyłącznie zbiorem cudzych fragmentów. Zakres cytatu powinien być proporcjonalny do celu, w jakim został wykorzystany. Jeśli zaś chodzi o wyjątek z art. 27 PrAut dotyczący celów dydaktycznych, zwielokrotniać można jedynie drobne utwory lub fragmenty nieprzekraczające 25% utworu. Oznacza to, że nauczyciel nie może skserować całego podręcznika i przekazać go uczniom w klasie, gdyż naruszałoby to słuszne interesy twórców i zastępowałoby zakup oryginalnych egzemplarzy. Słynne kserówki z angielskiego, czy zmora uczniów w postaci czarno-białych przekrojów komórki roślinnej lub zwierzęcej mogą być więc w określonych przypadkach legalnie wykorzystywane podczas lekcji.
Czy udostępnianie materiałów znajomym z roku (np. na grupie, dysku czy w chmurze) mieści się jeszcze w dozwolonym użytku? Przykładowo: kupuję legalnie e-booka i udostępniam swój login i hasło 20 osobom, tworząc „wspólną bibliotekę” – czy to jest zgodne z prawem?
Kluczowe są tutaj dwie kwestie. Po pierwsze, na podstawie art. 23 ust. 2 PrAut możemy udostępniać swoje ebooki rodzinie i znajomym, pod warunkiem że będzie to rzeczywiście krąg najbliższych nam osób. Grupa studentów na roku zdaje się nie mieścić w kręgu osób najbliższych. Udostępnienie grupie studentów kopii podręcznika, który powinni byli zakupić samodzielnie, może godzić w interesy twórcy, o których mowa w art. 35 PrAut, gdyż pozbawia twórcę wynagrodzenia za kolejne udostępnione egzemplarze.
Należy zaznaczyć, że w doktrynie i orzecznictwie interpretacja przepisów dotyczących dozwolonego użytku budzi spory, dlatego bezpiecznym stwierdzeniem będzie wskazanie, że każda sytuacja kopiowania lub udostępnienia utworu osobom trzecim powinna być oceniona ad casum. Dominujący pogląd wskazuje, że instytucja dozwolonego użytku jest wyjątkiem od zasad ochrony praw autorskich i powinna być interpretowana możliwie wąsko.
W tym miejscu warto wspomnieć o zasadzie wyczerpania prawa autorskiego (art. 51 ust. 3 PrAut, implementujący art. 4 ust, 2 Dyrektywy 2001/29/WE). Osoba, która legalnie nabyła egzemplarz książki, może swobodnie nim rozporządzać, w szczególności sprzedać go, podarować lub użyczyć, bez konieczności uzyskiwania zgody twórcy bądź innych podmiotów. Reguła ta ogranicza się jednak do egzemplarzy mających postać materialną i zasadniczo nie obejmuje utworów rozpowszechnianych w formie cyfrowej, w tym e-booków i audiobooków udostępnianych na podstawie licencji. Potwierdza to m.in. wyrok TSUE z 19.12.2019 r. wydany w sprawie C-263/18. Trybunał uznał, że nabycie e-booka nie skutkuje wyczerpaniem prawa wydawcy do zezwalania na dalszy obrót tym e-bookiem. W związku z tym jego nabywca nie jest uprawniony do jego odsprzedaży bez zgody wydawcy lub twórcy.
Na podstawie powyższego należy stwierdzić, że nie może odsprzedawać e-booków. Warto jednak zaznaczyć, że możliwe są pewne ograniczone formy korzystania z niezakupionych e-booków, np. za pomocą bibliotek, które mogą legalnie wypożyczać książki elektroniczne (zgodnie z wyrokiem TSUE z 10.11.2016 r. w sprawie C-174/15).
Czyli dzielenie się dostępem do e-booków i audiobooków różni się od pożyczania tradycyjnej książki?
Tak, ponieważ w przypadku e-booków i audiobooków obowiązują nie tylko przepisy prawa autorskiego, ale również regulaminy i zasady poszczególnych platform udostępniających te publikacje. To druga kluczowa kwestia o której warto wspomnieć. E-booki są objęte licencją przypisaną do konkretnego użytkownika, a zasady poszczególnych platform ograniczają możliwość korzystania z jednego konta przez kilka osób fizycznych.
Próba obchodzenia tych zasad poprzez np. dzielenie się hasłem w gronie przekraczającym dopuszczalną liczbę użytkowników abonamentu, będzie stanowić naruszenie regulaminu serwisów. Wiele regulaminów zakazuje wprost dzielenia się hasłem z osobami trzecimi. Nie można wykluczyć również naruszenia praw autorskich w ten sposób, gdyż takie działanie zdecydowanie nie spełnia wymogów z art. 23 i 35 PrAut.
Porozmawiajmy chwilę o działaniu na szkodę twórcy. Prawo autorskie wprowadza tu dodatkowe ograniczenie – taki „wentyl bezpieczeństwa” dla twórcy i wydawcy. Art. 35 tej ustawy stanowi, że nie można naruszać normalnego korzystania z utworu ani godzić w interesy twórcy.
Przepis ten wprowadza do polskiego prawa tzw. test trzystopniowy, wywodzący się z Konwencji berneńskiej o ochronie dzieł literackich i artystycznych oraz Dyrektywy 2001/29/WE.
Po pierwsze, korzystanie z utworu ma odbywać się w ramach wyjątku przewidzianego w ustawie. Po drugie, nie może naruszać normalnego korzystania z utworu. Po trzecie, nie może przynosić nieuzasadnionego uszczerbku interesom twórcy.
Wymogi art. 35 PrAut należy każdorazowo stosować w przypadku powołania się na którąkolwiek z form dozwolonego użytku. Jest to klauzula generalna stanowiąca swego rodzaju wentyl bezpieczeństwa (na podobnej zasadzie jak np. art. 5 KC). W piśmiennictwie wskazuje się, że słuszne interesy twórcy obejmują między innymi prawo do wynagrodzenia, które nie powinno być ograniczane poprzez nieuprawnione kopiowanie i rozpowszechnianie utworu.
Czy mógłby Pan podać konkretne przykłady działań, które wyglądają niewinnie, a w praktyce szkodzą twórcom?
Przykładów jest naprawdę sporo. Do najczęstszych należą:
– zamieszczanie elektronicznych wersji książek (skanów, e-booków a także zdjęć) na Dysku Google, OneDrive czy Yandex i udostępnianie nieograniczonej grupie odbiorców;
– pobieranie utworów za pośrednictwem sieci typu P2P (torrentów), co stanowi ich jednoczesne udostępnienie;
– zamieszczanie książek w wersji elektronicznej lub ich znacznych fragmentów (nie zachowując wymogów prawa cytatu) w mediach społecznościowych typu Facebook, Instagram;
– współdzielenie jednego konta z e-bookami lub audiobookami przez kilkanaście czy kilkadziesiąt osób, wbrew regulaminowi platformy;
– kserowanie książek i odsprzedawanie tych kopii osobom trzecim przez punkty ksero;
– a także kopiowanie materiałów dydaktycznych przez szkoły lub uczelnie w zakresie zastępującym zakup legalnych egzemplarzy (popularne szkole „kserówki”).
Wiele osób uważa, że „ściąganie PDF-ów z internetu jest legalne” – na ile to mit, a na ile prawda? I czy ma znaczenie, skąd pochodzi materiał – legalne źródło czy piracka strona – jeśli korzystam z niego tylko do nauki?
O legalności pobrania utworu w formie pdf decydują dwa elementy. Po pierwsze, źródło jego pochodzenia. Po drugie, możliwość zakwalifikowania tego działania jako formy dozwolonego użytku. Sam fakt formy zapisu utworu (plik PDF, docx czy doc) nie ma znaczenia w kontekście praw autorskich. Podobnie cel edukacyjny pozostaje w tym aspekcie nieistotny.
Jeżeli PDF pochodzi z legalnego źródła, np. został udostępniony bezpłatnie w internecie przez autora, wydawnictwo czy na zasadzie licencji creative commons, pobranie go i korzystanie z niego jest legalne. Warto jednak przy tym pamiętać o zachowaniu zasad ustalonych w regulaminie tego typu strony.
W przypadku pobierania utworów z sieci P2P (np. tak zwanych torrentów) użytkownik zwykle nie tylko pobiera plik, ale jednocześnie udostępnia go innym. Takie działanie stanowi bezprawne rozpowszechnianie utworu i rodzi odpowiedzialność zarówno karną (art. 116 PrAut) jak i cywilną (art. 78 i 79 PrAut). Jednakże pobranie utworu w polskim prawie z nieoficjalnego źródła nie jest wprost penalizowane, o ile nie wiąże się z jego dalszym rozpowszechnianiem i zwielokrotnianiem. Istotny w tym zakresie jest wyrok TSUE z 10.4.2014 r. w sprawie C-435/12. TSUE uznał, że przepisy krajowe nie mogą traktować jednakowo kopii pochodzących ze źródeł legalnych i nielegalnych. Zezwolenie na kopiowanie utworu pobranego z nielegalnego źródła naruszałoby słuszne interesy twórców i elementy testu trzystopniowego z dyrektywy 2001/29. Również w doktrynie dominuje pogląd, zgodnie z którym pobieranie utworów ze źródeł nielegalnych, nawet jeśli nie wiąże się z ich zwielokrotnieniem i udostępnieniem, jest co najmniej sprzeczne z zasadami współżycia społecznego.
Idźmy dalej: skończyłam naukę danej dziedziny, zdałam egzamin i te wszystkie ksera czy skany książek przestają być mi potrzebne. Postanawiam je sprzedać – nie dla zysku, tylko żeby odzyskać część pieniędzy. Czy mogę?
Zdecydowanie nie można. Naruszałoby to wspomniane już wcześniej wymogi z art. 23 i 35 PrAut, w szczególności słuszne interesy twórcy. Można na własny użytek sporządzić kopię książki w ramach dozwolonego użytku osobistego. Jednak uzyskanie korzyści finansowej ze sprzedaży kopii lub skanu książki bez wątpienia nie mieści się w granicach dozwolonego użytku. W praktyce sprzedając tego typu ksero, ograniczamy twórcy możliwość czerpania dochodów ze sprzedaży oryginalnych egzemplarzy. Motywacja sprzedającego (kwestia odzyskania pieniędzy) z perspektywy prawa pozostaje nieistotna, czynność sprzedaży co do istoty ma charakter zarobkowy.
Warto zaznaczyć, że sprawa wygląda inaczej w kwestii sprzedaży oryginalnego, fizycznego egzemplarza książki. Zgodnie z zasadą wyczerpania prawa autorskiego (art. 51 ust. 3 PrAut, implementujący art. 4 ust, 2 Dyrektywy 2001/29/WE), nabywca egzemplarza utworu może go odsprzedawać, użyczać, podarować, bez uzyskania zgody twórcy. To prawo nie rozciąga się jednak na kopie czy skany tego egzemplarza.
Co realnie grozi za naruszenie praw autorskich?
Po pierwsze, odpowiedzialność cywilna. Autorskie prawa osobiste są niezbywalne i nieograniczone w czasie (nie wygasają po śmierci autora). Skutki naruszenia praw autorskich osobistych zostały wymienione w art. 78 ust. 1 PrAut. Zgodnie z tym przepisem twórca, którego autorskie prawa osobiste zostały zagrożone cudzym działaniem, może żądać zaniechania tego działania. W razie dokonanego naruszenia może także żądać, aby osoba, która dopuściła się naruszenia, dopełniła czynności potrzebnych do usunięcia jego skutków, w szczególności, aby złożyła publiczne oświadczenie o odpowiedniej treści i formie. Jeżeli naruszenie było zawinione, sąd może przyznać twórcy odpowiednią sumę pieniężną tytułem zadośćuczynienia za doznaną krzywdę.
Autorskie prawa majątkowe mają charakter ekonomiczny. W przeciwieństwie do praw osobistych są one zbywalne i ograniczone w czasie (co do zasady 70 lat od śmierci twórcy). W przypadku naruszenia tych praw uprawniony, zgodnie z art. 79 ust. 1 PrAut, może żądać zaniechania naruszania, usunięcia skutków naruszenia lub naprawienia wyrządzonej szkody na zasadach ogólnych opisanych w KC lub poprzez zapłatę sumy pieniężnej w wysokości dwukrotności należnego wynagrodzenia, a także wydania uzyskanych korzyści.
Naruszenie praw autorskich, w tym piractwo, może skutkować nie tylko odpowiedzialnością cywilną, ale również odpowiedzialnością karną. Typy czynów zabronionych zostały uregulowane w art. 115–118 PrAut:
- 115 PrAut penalizuje przywłaszczenie autorstwa lub wprowadzanie w błąd co do autorstwa cudzego utworu (tzw. plagiat) Czyn ten zagrożony jest grzywną, karą ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do 3 lat.
- 116 PrAut dotyczy nieuprawnionego rozpowszechniania utworów. Za podstawowy typ czynu grozi grzywna, kara ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do 2 lat, natomiast w przypadku działania w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, do lat 3. W przypadku uczynienia z tego stałego źródła dochodu kara może wynosić od 6 miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności.
- 117 PrAut penalizuje nielegalne utrwalanie i zwielokrotnianie utworów w celu ich rozpowszechniania. Grozi za to grzywna, kara ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do 2 lat, a w kwalifikowanych przypadkach do 3 lat pozbawienia wolności.
- 118 ust. 1 PrAut przewiduje odpowiedzialność za tzw. paserstwo, czyli obrót egzemplarzami utworów pochodzącymi z naruszenia prawa autorskiego. Za czyn ten grozi grzywna, kara ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności od 3 miesięcy do 5 lat pozbawienia wolności, a w wymiarze kwalifikowanym od roku do 5 lat.
I na koniec – kto w praktyce zajmuje się wykrywaniem i zwalczaniem piractwa, nie tylko książek, ale też muzyki, filmów czy gier?
Jeśli chodzi o przypadki piractwa, za które grozi odpowiedzialność karna, to za prowadzenie postępowania w tej sprawie odpowiada Prokuratura oraz Policja jako organ ścigania. Zdecydowana większość czynów zabronionych wymienionych w ustawie o prawie autorskim, jest ścigana na wniosek pokrzywdzonego, a nie z urzędu (wyjątek: plagiat). Oznacza to, że wszczęcie postępowania karnego w większości sytuacji uzależnione jest od podjęcia działań przez twórcę bądź wydawnictwo.
Jeśli chodzi o odpowiedzialność cywilną, podjęcie działań prawnych w celu ochrony praw autorskich leży po stronie twórcy, ewentualnie wydawnictwa lub innego podmiotu, który posiada lub wykonuje prawa autorskie majątkowe (np. pracodawca twórcy, organizacja zbiorowego zarządzania). Jest to związane z tzw. legitymacją procesową w procesie cywilnym. Następnie sprawa trafia przed właściwy Sąd Okręgowy.
Wydawnictwa, producenci filmowi i wytwórnie muzyczne coraz częściej na własną rękę korzystają z wyspecjalizowanych narzędzi monitorujących internet, które wyszukują nielegalnie udostępniane utwory, zgłaszają naruszenia administratorom stron internetowych oraz kierują wezwania do usunięcia treści (tzw. notice and takedown) Tego typu mechanizmy działają skutecznie m.in. na platformie YouTube.
W walkę z piractwem angażują się również inne podmioty, np. organizacje zbiorowego zarządzania prawami autorskimi, takie jak ZAiKS, ZAPA, Polska Izba Książki. Prowadzą działania edukacyjne, notyfikują o naruszeniach, współpracują z organami państwowymi.
Rozmawiała Olga Błachnio, redaktor naczelna „Edukacji Prawniczej”
***
Marcin Kruszewski- prawnik, absolwent WPiA Uniwersytetu Warszawskiego, twórca największego profilu prawniczego w polskich mediach społecznościowych. Obserwuje go ponad 3 miliony osób. W przystępny sposób tłumaczy, nawet tym najmłodszym, że prawo jest dla ludzi i jego znajomość daje narzędzia ułatwiające codzienne życie. Odznaczony Medalem Komisji Edukacji Narodowej za szczególne zasługi dla oświaty.
***
Materiał powstał we współpracy ze Stowarzyszeniem Czytam i Słucham Legalnie