Początek drogi – wywiad z Igorem Tuleyą i Jackiem Dubois
Sędzia Igor Tuleya i mecenas Jacek Dubois w rozmowie z Anną Matusiak w opowiadają o swoich ideałach, pierwszych przełomach, absurdach sali sądowej i samotności, która przychodzi tuż po ogłoszeniu wyroku. Bez patosu, bez akademickiej pozy – z dystansem, błyskotliwością i głęboką wrażliwością mówią o tym, czym naprawdę jest prawo. Poniżej prezentujemy fragment książki „Mogłem milczeć”, która ukazała się w 2025 roku nakładem wydawnictwa Purple Book, o początkach ich drogi zawodowej.
Anna Matusiak: Przenieśmy się w czasie do waszych początków w zawodzie… Wyobrażam sobie was jako młodych prawników, pełnych ideałów i wiary w to, że dobro zawsze zwycięża. Jak to wtedy wyglądało? Jak wyglądały świat, Polska, sądownictwo? To były przecież zupełnie inne czasy. Zresztą w przypadku początków każdego z was mówimy o innych okresach, bo dzieli was dekada.
Jacek Dubois: Mój kontakt z zawodem był trochę nietypowy, bo pochodzę z rodziny prawniczej. Gdy zaczynałem dorastać, miałem jakieś sześć lat, coraz bardziej interesowałem się tym, czym się zajmuje mój ojciec. Zacząłem widywać go w telewizji.
Dowiedziałem się, że jest adwokatem. Początkowo nie wydawało mi się to zbyt interesujące, ale wszystko się zmieniło, gdy zacząłem oglądać filmy kryminalne. Pojawiała się tam zawsze sala sądowa, a w niej przemawiający z pasją mężczyzna. Ojciec mówił mi wtedy: „To, co widzisz, to ja – tylko nie w Nowym Jorku, a w Warszawie”. Temat zaczął mnie fascynować.
Miałem swoją ulubioną zabawę. Ojciec przyjmował klientów w domu, więc chowałem się za kanapą i podsłuchiwałem rozmowy.
Podkradałem mu teczki, akty oskarżenia… Charyzma ojca i jego miłość do zawodu sprawiły, że bardzo szybko wiedziałem, kim chcę być. Jedni chcą zostać strażakami, inni sportowcami. Ja wcześnie zrozumiałem, że chcę być adwokatem.
Miałem do tego świetne wprowadzenie, bo w tamtych czasach życie środowiskowe miało duże znaczenie – ludzie trzymali się swoich grup. Przez nasz dom przewijało się wiele osób z adwokackiego świata. A ponieważ wtedy samorząd skupiał najwybitniejszych adwokatów, miałem okazję słuchać najlepszych obrońców tamtej epoki. Fascynowało mnie to.
Gdy przyszedł moment wyboru studiów, nie miałem żadnych wątpliwości. Maturę zdawałem w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym pierwszym roku i właśnie wtedy po raz pierwszy miałem realny kontakt z sądem – już nie z kanapy. Dopiero po skończeniu osiemnastu lat można było wejść na salę sądową.
To był czas wielkich procesów związanych z powstaniem „Solidarności”. Pamiętam proces KPN-u. Potem wprowadzono stan wojenny. Nagle ten zawód nabrał zupełnie innego wymiaru. To było dla mnie bardzo mocne wejście w ten świat – i to na wielu płaszczyznach. Po pierwsze, jako student chodziłem do sądów, by obserwować procesy. Po drugie, to, co się działo w sądzie, miało bezpośredni wpływ na nasze życie domowe.
Gdy wybuchł stan wojenny, w kościele Świętego Marcina pojawiło się ogłoszenie z nazwiskami prawników udzielających pomocy osobom zatrzymanym. Mój ojciec widniał na pierwszym miejscu. Już drugiego dnia stanu wojennego do naszego
domu zapukał klient. To było przerażające – pierwsza myśl: ZOMO. Ale to nie było ZOMO, tylko człowiek, który potrzebował pomocy prawnej.
Trzecia płaszczyzna to była ta towarzyska. Mówię o środowisku studenckim. Jednego kolegę pałowali, drugiego zatrzymywali. Miałem więc odbicie tego, co robi mój ojciec, także w swoim otoczeniu. I zacząłem sobie uświadamiać, że w ówczesnym komunizmie zawód adwokata to jedna z nielicznych profesji dających możliwość – może nie całkiem nieskrępowaną, ale jednak – wyrażania własnych poglądów bez cenzury. Przemówienia wielkich obrońców tamtego okresu były fascynujące. Wtedy ten wybór przestał być jedynie decyzją zawodową – stał się wyborem ideowym, związanym z obroną praw człowieka, demokracji i możliwością oficjalnego sprzeciwu wobec systemu.
Przez nasz dom przewijali się wszyscy najważniejsi obrońcy tej epoki. Opowiadali o procesach. To było niesłychanie fascynujące. Czułem nawet pewną pretensję do losu, że urodziłem się za późno, że nie załapałem się zawodowo na ten czas. Marzyłem tylko o tym, żeby skończyć studia i móc już pracować. Przychodzi rok tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty szósty. Stan wojenny już za nami, ale wciąż czuć było epokę komunizmu. Właśnie zdałem na aplikację adwokacką.
Zacząłem aplikować u Ewy Milewskiej-Celińskiej, specjalistki od prawa rodzinnego, ale też osoby oddanej idei demokracji. Podczas stanu wojennego wokół niej zebrała się ogromna klientela związana z dawnym KOR-em. Ona jest w tej chwili chyba najstarszym żyjącym obrońcą w sprawach radomskich. Wokół niej skupiały się sprawy ludzi walczących o demokratyczne państwo prawa.
Czyli u ciebie wymiar sprawiedliwości od początku łączy się z polityką szeroko rozumianą?
Jacek Dubois: Myślę, że świadomie – tak. Nieświadomie zaczęło się od charyzmy ojca, który mnie tym zaraził, ale wtedy jeszcze nie było w tym elementu walki o prawa człowieka. To był raczej podziw dla tej siły przekazu, jaką widziałem na ekranie i u ojca. Dopiero wchodząc w dorosłe życie, już jako student, zacząłem odczuwać potrzebę protestu przeciwko tamtej rzeczywistości. Wtedy całą grupą, którą byliśmy na strajku NZS w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym pierwszym roku, poszliśmy na aplikację. Przez miesiąc nocowaliśmy wówczas na Uniwersytecie Warszawskim, w salach Wydziału Prawa i Administracji. Wielu z nas dostało się na aplikację. Marzyliśmy o występowaniu w wielkich procesach politycznych. Oczywiście to było nierealne – mieliśmy wielkie serca i ambicje, ale zerowe doświadczenie. Jeździliśmy więc po kolegiach, gdzie trafiali ludzie zatrzymani po manifestacjach, i tam oferowaliśmy pomoc prawną pro bono. To było nasze pierwsze realne starcie z systemem.
A potem los sprezentował mi coś wyjątkowego. To był chyba tysiąc dziewięćset osiemdziesiąty siódmy rok. Przychodzę do zespołu adwokackiego numer dwadzieścia pięć, w którym pracowała moja patronka. W korytarzu śpi Henio Wujec – dla mojego pokolenia niemal bóstwo, jedna z ikon podziemia. Nie mogłem się oprzeć – podszedłem, zagadałem. Wyjaśnił, że właśnie wyszedł po zatrzymaniu i przyszedł do Ewy Milewskiej-Celińskiej, bo potrzebuje adwokata. Powiedziałem, że zaraz go wprowadzę bez kolejki. Odpowiedział, że absolutnie nie – on poczeka. Dla mnie każda chwila rozmowy z nim była bezcenna. W pewnym momencie wyszła Ewa i zapytała: „Co to za sprawa?”, a Heniek: „Nie chcę ci zawracać głowy, Jacek będzie mnie bronił”. I tak – na pierwszym czy drugim roku aplikacji – zostałem obrońcą Henia Wujca. Sprawa może nie była pierwszoplanowa, ale dla mnie to było nieprawdopodobne wyróżnienie.
Świat zaczął się zmieniać. Reaktywacja „Solidarności”, nowe wybory… Zawód adwokata w ciągu kilku miesięcy zmienił się o sto osiemdziesiąt stopni. Pisałem pracę magisterską o spekulacji. Nagle spekulacja przestała być przestępstwem. Roznoszenie ulotek – tak samo. Bibuła trafiała do księgarń. Ludzie, których broniliśmy, zaczynali pełnić funkcje państwowe. Z Heńkiem to była kapitalna historia. Najpierw przyniosłem zaświadczenie, że nie może się stawić przed sądem, bo ma spotkanie „Solidarności” z Margaret Thatcher. Później – że jest w delegacji u Ronalda Reagana. A na końcu – że został wybrany do Sejmu. Sprawa została umorzona.
Adwokatura się wtedy zmieniła. Z jednej strony – pamiętam taką ankietę, według której zawód adwokata cieszył się w Polsce największym zaufaniem. Wszystko, co się działo w stanie wojennym, wyniosło naszą profesję na piedestał. Z drugiej – otworzył się rynek i nastąpiło zupełne trzęsienie ziemi również w tym zawodzie.
Igorze, jeśli chcę poznać transformację ustrojową z twojej perspektywy, mogę pytać o pewne oczekiwania, atmosferę, uczucia młodego adepta, który wówczas dopiero miał rozpocząć karierę. Ale od początku…
Igor Tuleya: U mnie w rodzinie nie było prawników. Maturę zdawałem w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym dziewiątym i w tym samym roku rozpocząłem studia prawnicze. Wybór tego kierunku to był tak naprawdę splot przypadków. Jako młody chłopak marzyłem o tym, żeby zostać lekarzem. Potem, wybierając profil klasy w liceum, zdecydowałem się na humanistyczny – i to już wymagało podjęcia pewnej decyzji. Po klasie humanistycznej wiadomo było, że powinienem iść na jakiś kierunek humanistyczny. Wtedy jeszcze obowiązywała służba wojskowa i w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym dziewiątym roku wszyscy nią straszyli. Zacząłem więc kalkulować: gdzie mam największe szanse się dostać. Najwięcej miejsc było na prawie. Pomyślałem sobie: „Dobrze, złożę na prawo, a tym, co mnie naprawdę interesuje – historią, może literaturą – zajmę się później, jako drugim kierunkiem”. Oczywiście tak się nie stało.
Wsiąkłem w studenckie życie i przez długi, długi czas bardzo chciałem zostać adwokatem. Do dziś uważam, że to niezwykle prestiżowy zawód. Wówczas adwokatura była jeszcze bardziej elitarna niż obecnie. Na pierwszy rok aplikacji adwokackiej przyjmowano około piętnastu osób. Na aplikację sędziowską – czterdzieści.
Jacek Dubois: Wejdę w słowo… Wcześniej aplikację adwokacką robiło się dopiero po sędziowskiej. Do tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego szóstego roku każdy, kto chciał zostać adwokatem, musiał najpierw przejść aplikację sędziowską i dopiero potem mógł kontynuować naukę w kierunku adwokatury. Ja w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym szóstym roku byłem pierwszym rocznikiem, w którym aplikacje się rozdzieliły. Wybierało się od razu ścieżkę docelową po studiach.
Igor Tuleya: Wracając, bardzo chciałem zostać adwokatem, zwłaszcza że ogromne wrażenie zrobił na mnie film Firma z Tomem Cruise’em. Pomyślałem sobie: będę takim właśnie prawnikiem w jakiejś dobrej kancelarii (śmiech). Po studiach wahałem się, czy nie zająć się historią prawa, czy nie iść w stronę pracy naukowej – ale ostatecznie zdecydowałem się być praktykiem. Łatwiej było dostać się na aplikację sędziowską. Szkolenie wyglądało zupełnie inaczej niż dziś – nie było jednego ośrodka, jak teraz w Krakowie. Przy każdym ówczesnym sądzie wojewódzkim działały lokalne ośrodki szkoleniowe. Złożyłem papiery na trzy aplikacje: adwokacką, sędziowską i prokuratorską. Dostałem się na sędziowską i prokuratorską. Wybrałem oczywiście sędziowską.
Prokuratura cię nie kusiła?
Igor Tuleya: Trochę tak, ale przeważyło to, że sędzia – przynajmniej teoretycznie – jest niezawisły. A w prokuraturze jest odrobinę jak w wojsku, przed którym uciekałem. Ostatecznie wybrałem aplikację sędziowską i nie żałowałem. Nie żałuję do dziś. Mimo to miałem ogromne kompleksy. Istniała wtedy możliwość, by po egzaminie sędziowskim zrobić uzupełniającą aplikację adwokacką lub radcowską. Pamiętam, to był rok tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty ósmy – odbieram nominację na sędziego, bo kończy się moja asesura, i mam już zdany egzamin radcowski. Dzwonią do mnie z Okręgowej Izby Radców Prawnych i pytają, kiedy złożę wniosek, bo cały rocznik czeka, żeby wysłać wspólnie dokumenty.
A ja wtedy mówię: „Nie, dziękuję. Mam inne plany”. To był już świadomy wybór. Gdy zostałem asesorem, a byłem jeszcze aplikantem sądowym, to wchodziłem w zawód, można powiedzieć, „na gotowe”. Już przy Okrągłym Stole i w czasie pierwszej „Solidarności” pojawiły się konkretne pomysły na reformę sądownictwa.
Przy Okrągłym Stole wywalczono zmiany: powstała Krajowa Rada Sądownictwa, pojawiła się samorządność sędziowska – i ja do tego systemu po prostu wszedłem.
Masz w sobie – jak Jacek – jakieś poczucie żalu, że nie było ci dane pracować w czasach przełomu?
Igor Tuleya: Tak. Bo ja trafiłem do sądu w tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątym czwartym roku jako aplikant. Struktury nowoczesnego sądownictwa już istniały. Wydawało mi się wtedy, że to wszystko – Krajowa Rada Sądownictwa, samorządność sędziowska – jest dane raz na zawsze. Sądy w latach dziewięćdziesiątych były przaśne, zaniedbane, niedofinansowane. Były bardziej urzędem niż miejscem, które się kojarzyło z prestiżem.
Czyli nie czułeś się jak Tom Cruise?
Igor Tuleya: Bynajmniej nie. Większość warszawskich sądów – włącznie z Sądem Najwyższym i Główną Komisją Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu – mieściła się wtedy w budynku przy Alei „Solidarności”. Było tam jak w ulu. Żadnych remontów. Nie było komputerów, tylko maszyny do pisania. Istniała nawet hala maszyn, gdzie przepisywano wszystkie uzasadnienia wyroków. Wydawało mi się wtedy, że do końca życia będę się zajmował klasyczną przestępczością – ktoś komuś coś ukradł, ktoś kogoś pobił i tak dalej.
Ale kręciło cię to?
Igor Tuleya: Tak. Zaczynałem asesurę w Nowym Dworze Mazowieckim, czyli pod Warszawą. Byłem tam rok z hakiem, a później przeniosłem się na Mokotów. Co ważne, to był jeszcze czas, kiedy wielu absolwentów aplikacji sędziowskiej uciekało do wolnych zawodów. Na roku było nas czterdziestu, a w sądzie zostało może dziesięciu. Były ogromne braki kadrowe. Przez kilka roczników z rzędu było wiadomo, że wszyscy trafią do pionu karnego, bo tam notowano najwięcej wakatów. Mnie to cieszyło. Prawo karne było dla mnie najbardziej zrozumiałe. Gdyby zapytać cywilistę, czy prawo karne to w ogóle prawo, pewnie by odpowiedział, że nie.
Powiedziałeś ważną rzecz: „Wydawało się wtedy, że to wszystko – Krajowa Rada Sądownictwa, samorządność – jest dane raz na zawsze”. W jakich momentach zawodowych pojawiało się zwątpienie w myśleniu o prawie, o sensie waszej pracy?
Igor Tuleya: W tym zawodzie zdarzają się różne momenty. Jako młody sędzia byłem pełen energii. Miałem poczucie bycia szeryfem. To jest częste – młodzi sędziowie cierpią na tak zwaną chorobę łańcuchową.
Na czym ona polega?
Igor Tuleya: Choroba łańcuchowa to przypadłość młodych sędziów, którzy – świeżo po aplikacji, po egzaminach – uważają, że są najmądrzejsi na świecie.
Ale ty jesteś bardzo skromnym człowiekiem.
Igor Tuleya: Bo już dawno przeszedłem chorobę łańcuchową.
Czyli to rodzaj sodówki?
Igor Tuleya: Tak, to typowa sodówka. Wydaje mi się, że wszyscy sędziowie na całym świecie przez to przechodzą. Rozmawiałem z prawnikami z USA – tam mówią na to „choroba togi”. Bo na Sali sądowej sędzia nosi tylko togę. To właśnie ta sama sodówka. Na szczęście to choroba wieku młodzieńczego, która po kilku latach mija. Ale gdy zaczynałem, naprawdę miałem poczucie bycia szeryfem. Orzekałem w sądzie na Mokotowie, gdzie mieszkałem, miałem więc też silne poczucie, że buduję sprawiedliwość w swoim – w cudzysłowie – małym miasteczku. Pewne rzeczy jednak zaczęły mnie z czasem niepokoić. Najpierw dziwiły, potem niepokoiły.
Co to było?
Igor Tuleya: Trafiały do nas sprawy z kolegiów do spraw wykroczeń – one wtedy jeszcze istniały, a sądy rejonowe rozpatrywały od nich odwołania. Czasem te orzeczenia były naprawdę zdumiewające.
Czytałem akta i odkrywałem, że protokół przesłuchania świadka podpisany był in blanco – bez żadnej treści. Po prostu osoba prowadząca postępowanie zapomniała go później uzupełnić.
Na przykład: przesłuchiwany policjant podpisywał taki pusty protokół, a potem nikt już go nie wypełniał. Zmiany jednak zaczęły następować. Sądy zaczęły stosować areszty tymczasowe na wniosek prokuratora – wcześniej robił to sam prokurator. Nie pamiętam dokładnie, który to był rok – może tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty szósty, może dziewięćdziesiąty siódmy. Wracając jeszcze na chwilę do aplikacji, byliśmy źle uczeni. Właściwie uczono nas tak, jak kształcono prawników jeszcze w latach osiemdziesiątych. Wykładowcy ostrzegali: „Nigdy nie wierzcie adwokatom ani radcom prawnym. Na sali sądowej będą was okłamywać, wprowadzać w błąd. Jedyną osobą, której możecie wierzyć, jest prokurator. To z nim gracie do jednej bramki”.
Pewnie pokłosiem tego rodzaju edukacji stał się brak współpracy tych środowisk między sobą.
Igor Tuleya: Dokładnie. Relacje z prokuratorami były zupełnie inne – nawet towarzysko – niż z członkami palestry. Z adwokatami nie wypadało się kolegować. Ba! Nawet nie można było.
Wrócimy do tej kwestii, ale pociągnijmy teraz wątek twoich zawodowych wątpliwości. Kiedy po raz pierwszy coś cię na tyle zaniepokoiło, że miałeś ochotę zareagować? Zawalczyć o prawdę?
Igor Tuleya: Pierwsza taka sytuacja, która była ewidentnie niezgodna z procedurą, wydała mi się czymś marginalnym. Pomyślałem: „Zdarzyło się. Świat jest dziwny. Może tak bywa”. Ale później pojawiła się cała seria spraw w Nowym Dworze Mazowieckim, gdzie oskarżeni przyznawali się do winy w postępowaniu przygotowawczym, a przed sądem odwoływali wyjaśnienia.
Byłem wtedy młody. Zdziwiony pytałem: „Jak to? Przyznał się pan, a teraz się pan nie przyznaje? Co się stało?”. Pierwszy oskarżony odpowiedział: „Policjanci pokazali mi olbrzymią grzałkę do podgrzewania wody w wannie i powiedzieli, że jak się nie przyznam, to mi ją wsadzą w tyłek”. Brzmiało to absurdalnie – nie uwierzyłem. Ale potem przyszły kolejne cztery czy pięć spraw, w których oskarżeni mówili dokładnie to samo. W końcu zapytałem prokuratora: „Panie prokuratorze, co to za absurd? Cała seria takich samych historii? Oni się zmówili?”. A prokurator odpowiedział: „Niech się pan nie martwi, panie sędzio. To prawda, oni tam mają pod sufitem podwieszoną grzałkę. Tak straszą. Ale ona jest zepsuta”.
Aaaa… Skoro zepsuta, to luz… (śmiech).
Igor Tuleya: No właśnie… Próbowałem coś z tym zrobić: pisałem pisma do prokuratury, informowałem przełożonych. Ale to były takie czasy – druga połowa lat dziewięćdziesiątych. Pamiętam jeszcze inną sytuację. Gdy w kolegium w Nowym Dworze czy Legionowie zapadło rozstrzygnięcie nie po myśli policji, tamtejszy komendant zebrał kilka radiowozów i pojechał na miejsce. Wyciągnęli wszystkich członków orzekających z kolegium – było ich kilkunastu – przewieźli ich na komendę i poddali badaniu alkomatem. Oczywiście wszyscy byli trzeźwi. Ale takie rzeczy się wtedy zdarzały. I nikt nie robił z tego afery – starsi prawnicy czy sędziowie przyjmowali to raczej z uśmiechem i komentarzem: „Bywa”.
No dobrze, ale jak to w sobie rozstrzygać, kiedy jest się młodym sędzią i słyszy się takie rzeczy?
Igor Tuleya: Pomyślałem wówczas: „Dobrze, to tylko kolegium. Ale coś takiego w sądzie nie mogłoby się przecież wydarzyć”.
A dziś?
Igor Tuleya: Dziś już wiem, że wszystko jest możliwe. I nigdy nie można milczeć.
Jacku, czy kiedy byłeś na studiach, osoby, które decydowały się na aplikację sędziowską albo prokuratorską, nie były postrzegane trochę dziwnie? W końcu to były czasy komunizmu, PRL, a ktoś wybiera karierę w sądzie albo prokuraturze…
Jacek Dubois: Miałem na to trochę inne spojrzenie, bo przez nasz dom przewijali się zarówno prokuratorzy, jak i sędziowie. Byłem świadomy, że w okresie komunizmu tak sędzia, jak i prokurator mogli być bardzo porządnymi ludźmi. To nie zawód determinuje człowieka, lecz proporcje poszczególnych „gatunków ludzkich” w danym środowisku. To one mogą sprawić, że zawód staje się albo wielki, albo mniej wielki. Na pewno patrzyliśmy na to trochę przez pryzmat opozycyjności. Mówię tu o latach tysiąc dziewięćset osiemdziesiąt pięć, osiemdziesiąt sześć, czyli nie o czasie, w którym Igor podejmował swoje decyzje. Wtedy adwokatura była związana z protestem wobec systemu, z niezależnością, z pewnym oportunizmem wobec władzy. Choć oczywiście motywacje bywały różne – prestiżowe, finansowe, ideowe.
Nasze środowisko NZS-owsko-strajkowe z tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego pierwszego roku myślało raczej o aplikacji adwokackiej. Osoby, które szły do prokuratury czy do sądu, były przez niektórych postrzegane jako akceptujące system, ale były też osoby obierające tę drogę z pasji do tych zawodów i takie, które traktowały to jako etap przejściowy. To też wynikało z realiów. Mówię o sytuacji sprzed tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego szóstego roku, kiedy na aplikację adwokacką było dziesięć, jedenaście miejsc na całą Warszawę. Przy Wydziale Prawa, gdzie studiowało trzysta osób, dostawało się dużo mniej niż jeden procent. Była jeszcze Akademia Teologii Katolickiej, czyli dzisiejszy Uniwersytet Kardynała Stefana Wyszyńskiego, ale tam odsetek był jeszcze mniejszy. Wielu studentów wybierało aplikację sędziowską lub prokuratorską nie z powołania, ale z kalkulacji – żeby po jej ukończeniu dostać się do adwokatury inną ścieżką, przez zmieniające się przepisy, przez pracę w zawodzie.
A więc ta adwokatura była w tamtym czasie absolutnym numerem jeden – łączyła się z niezależnością, wolnym zawodem, a czasem ze sprzeciwem wobec systemu. Okres, o którym mówi Igor, to już zupełnie inna epoka. Wtedy zawód adwokata się otworzył, zaczęła się pauperyzacja adwokatury, a równocześnie wzrosły uposażenia sędziowskie. I nagle sędzia przestał być kojarzony z PRL-owskim funkcjonariuszem, a zaczął być symbolem wolnej Polski.
Fragment pochodzi z książki „Mogłem milczeć” Jacek Dubois, Igor Tuleya w rozmowie z Anną Matusiak (Warszawa 2025).
AUTORZY:
Jacek Dubois, adwokat specjalizujący się w prawie karnym, który zawodowe pasje obrońcy karnego łączy z miłością do pisania. Jest autorem wielu książek, od powieści sensacyjnych dla dzieci i młodzieży po zbiory felietonów „Mordowanie na ekranie” czy opowiadań „Nieład, czyli iluzje sprawiedliwości”. Od 2012 roku wiceprzewodniczący Trybunału Stanu.
Igor Tuleya, sędzia Sądu Okręgowego w Warszawie, nauczyciel akademicki i członek Stowarzyszenia Sędziów Polskich Iustitia. Orzeka w sprawach karnych od 1996. W latach 2020-2022 bezprawnie zawieszony i odsunięty od orzekania. Autor publikacji z zakresu prawa karnego.
Anna Matusiak, dziennikarka i autorka wielu poczytnych książek. Suicydolog, studentka psychologii, lektorka, specjalistka ds. PR, wykładowczyni dziennikarstwa, trenerka wystąpień publicznych.