Prawo w filmie

Adwokat diabła

Tekst pochodzi z numeru: 05 (89) maj 2007

adw. Jerzy Naumann

(Niemcy, USA, 1997, reż. T. Hackford, scen. J. Lemkin, T. Gilroy, obsada: K. Reeves, A. Pacino, Ch. Theron)

Pierwsza scena filmu: rozprawa przed sądem w małej miejscowości na Florydzie. Oskarżonym jest nauczyciel matematyki, któremu prokurator zarzuca molestowanie uczennicy. Pana profesora broni mec. Kevin Lomax (Keanu Reeves), gwiazda prowincjonalnej palestry – adwokat, o którym już niebawem dowiemy się, że jeszcze nigdy nie przegrał żadnej sprawy. To pierwsza z niedorzeczności jednego z naj­bardziej niedorzecznych filmów, na jakie skazało nas megaprzedsiębiorstwo Hollywood.

Winny czy niewinny

Wróćmy jednak na salę sądową, bo tam rozgrywa się podwójny dramat. Oto widzimy zrozpaczoną nastolatkę, która wobec pełnej publiczności sali zmuszona jest opowiadać o najbardziej intym­nych sprawach. Nie trudno sobie wyobrazić, co musi prze­żywać tak młoda osoba, gdy ma odtworzyć zdarzenie, które wzbudza w niej najwyższe obrzydzenie. Potrzeba jednak znacznie więcej wyobraźni, aby sobie uzmysłowić, jak wielkim ciężarem jest przeżycie wstrętnych doświadczeń i konieczność publicznego opowiadania o nich przez nastolatkę. Akurat dramat tej skrzywdzonej dziewczyny jest w filmie bardzo dobrze oddany. Widz już jej właściwie wierzy i – współczuje. Kiedy reżyser karze widzowi współczuć, od razu wiadomo, że albo go „wkręca”, albo prawdziwy obraz stanu rzeczy dopiero przed nami. Jonathan Lemkin i Tony Gilroy, bo oni są twórcami scenariusza, nie karzą nam długo czekać. Już w pierwszej scenie serwują nam drugi dramat: okazuje się, że w chwilach najbardziej intymnych wyznań uczennicy oskarżony nauczyciel przeżywa lubieżną przyjemność. Ocierająca ławę noga oskarżonego czy też lubieżne głaskanie, właściwie pieszczenie dłonią mebla, przy którym siedzi nauczyciel wspólnie ze swoim obrońcą, stają się pierwszym punktem zwrotnym filmu. Zwłaszcza że widzi to nie tylko widz, ale przede wszystkim – obrońca oskarżonego. Kiedy wzrok adwokata rejestruje te wyuzdane pieszczoty swego klienta, widz otrzymuje podstawową informację: wokół tej chwili owinie się cały film.

Byłoby genialnie, gdyby autorzy scenariusza uwierzyli, że już ten materiał zawiera tak wielki ładunek, że wystarczy go na całą opowieść. Niestety, tak się nie stało i wielki temat został koncertowo zmarnowany.

Pierwsza scena kończy się w momencie, kiedy – po pytaniach prokuratora – mec. Lomax, bogatszy o swoją obserwację zachowania klienta (któremu najwyraźniej uwierzył w deklarację niewinności), nieoczekiwanie prosi sędziego o przerwę: słowem ma wątpliwości. Ale czy ma do nich prawo i czy nie błądzi – zastanowimy się w dalszej części artykułu. To pasjonujące tematy, ale twórcy „Adwokata diabła” niestety nie dadzą nam szansy na ich zgłębienie. Zamiast tego… Ale nie ubiegajmy narracji filmu.

W drugiej, bardzo dynamicznej scenie filmu widzimy emocjonalną wymianę zdań pomiędzy adwokatem a jego klientem. Pan mecenas Lomax ma, mówiąc krótko, pretensje do mocodawcy, że go nabrał. Chodzi o to, że klient zapewnił swego obrońcę, że jest niewinny, a tu nagle pan mecenas zorientował się, że sprawa ma się odwrotnie.

Dopiero zakończenie filmu uświadomi nam, że oto mamy do czynienia z momentem zwrotnym scenariusza, ale chwila, na którą każą nam niemiłosiernie długo czekać, nadejdzie dopiero za prawie dwie godziny. (Podkreślam „niemiłosiernie”, bo będziemy poddani prawdziwym torturom).

Film składa się z trzydziestu czterech scen. Gdybyśmy zdecydowali się na opowieść według metody one by one zajęłoby to nam iks akapitów i nie wynikłoby z tego nic więcej, niż wynika z „Adwokata diabła”. Raczej bełkot i dezorientacja odnośnie pytania, co właściwie „autor ma na myśli”. Skoro piszemy omówienie tego (kiepskiego) filmu, spróbujmy czytelnika przynajmniej nie torturować metodą one by one, bo by nam pewnie nie wybaczył.

W trzeciej scenie zostaniemy zapoznani z odkrywczym stwierdzeniem, że „nie można zawsze wygrywać”. Te słowa usłyszy mec. Lomax od zaprzyjaźnionego dziennikarza, który jednak musi mieć do 16-tej gotowy tekst (czytaj: winny albo niewinny). Bo pan redaktor jest sprawozdawcą na procesie, który staje się powoli egzaminem adwokackim przystojnego mecenasa Lomaxa. Ten przystojniak uzyska jednak uniewinnienie nauczyciela matematyki dzięki swoistej metodzie: zakrzyczy zeznającą skrzywdzoną dziewczynkę, złapie ją na drobnym, nic nie znaczącym kłamstewku i stworzy wrażenie, że kłamie co do wszystkich faktów. Błyskotliwa, ale i bezlitosna obrona (w naszych realiach niedorzeczna) przynosi rezultat. Przysięgli nie mieli wątpliwości: uniewinnienie. Wątpliwości miał adwokat. Proces się skończył, ale one zostają z nim na resztę życia.

Każdy sukces czuje się lepiej, gdy uczczony: zwycięstwo mocno opijamy w barze. Jednak dziennikarz nie da spokoju panu mecenasowi: „Jakie to uczucie przywrócić wiarygodność takiemu Gettisowi?” [oskarżonemu nauczycielowi].

Zapamiętajmy to pytanie, bo być może jest ono jednym z podstawowych potrzebnych nie dla zrozumienia kiepskiego filmu, lecz dla pogodzenia się ze swoim własnym zawodem i samopoczuciem.

Inne wątki filmu

No i od tego momentu rozpoczyna się upadek scenariusza i całego filmu. Od tej chwili przestaje być już wiadomo, czy chodzi o kwestie adwokackie, małżeńskie, czysto ludzkie czy też religijno-teologiczne. Scenariusz gubi się zupełnie w tym kwadracie i już do końca nie znajduje wyjścia z labiryntu, który sam sobie zbudował. Mamy zatem cztery płaszczyzny, czy też wątki, którymi twórcy filmu starają się zainteresować widza.

Wątek małżeński poprowadzony jest banalnie. Póki państwo Lomax wiedli życie na spokojnej prowincji, czuli się szczęśliwi. On nie przegrywał żadnej sprawy, ona odzyskiwała skradzione samochody. Wydawali tyle, ile zarabiali, byli pogodzeni z życiem. Na tyle było ono uporządkowane, że jeszcze nie potrzebowali wypełniać żadnej pustki dziećmi. Może nawet Mary Ann (Charlize Theron) miałaby już nawet ochotę pobujać kołyską, ale będący w uderzeniu Kevinnie czuje się jeszcze gotowy. Przyszłość jest przed nimi, acz nie obiecuje niczego, czego nie byliby w stanie przewidzieć. Aż tu nagle… na Lomaxa spada grom z jasnego nieba: czołowa nowojorska kancelaria składa mu propozycję. To oferta z tych, których się nie odrzuca. Tak więc państwo Lomax przeprowadzają się na Manhattan. Oczywiście po pierwszym zachłyśnięciu się szczęściem zaczynają się problemy. Na przykład taki, że trzeba dobrać trafiony kolor ścian, no i umeblować wielopokojowy apartament. Skala tych zadań przerasta skrojone na prowincjonalną miarę możliwości Mary Ann zwłaszcza, że o wszystkim musi decydować sama. Małżonek bez reszty oddaje się pracy zawodowej i wyrabianiu pozycji w kancelarii, co mu się zresztą doskonale udaje. Cieszy się uznaniem głównego partnera, który go ewidentnie lansuje. Małżonka tymczasem popada w depresję. Nie potrafi się przystosować tak, jak inne żony poszczególnych adwokatów tej samej firmy. Prosta recepta jednej z nich: skoro nie możesz mieć stosunków z mężem, nawiąż stosunki z jego pieniędzmi – nie jest skuteczną terapią dla pięknej prowincjuszki. Mary Ann jest prostolinijną, przyzwoitą dziewczyną, która pragnie tylko jednego – wieść zwyczajne życie. Nie chce luksusu. Znajomość z senatorem nie imponuje, kiecki po trzy tysiące dolarów nie wzbudzają w niej niczego innego poza odruchem skrępowania. Potrzebuje natomiast jednego: miłości i wsparcia ze strony męża, który stanie na drodze spirali samotności, która coraz szybciej wkręca ją w otchłań beznadziejności. Pani Lomax popada w chorobę człowieka, który ma uczucie, że umarł, choć ciągle chodzi i żyje. Niestety jej obsesja na punkcie urodzenia dziecka dokłada się do bezmiaru poczucia nieszczęścia. Mary Ann popada w wyobcowanie emocjonalne i ostatecznie ulega załamaniu nerwowemu. Finał tego nieszczęścia jest tragiczny, bo żona Lomaxa ostatecznie odbiera sobie życie na oczach męża. Chce go w ten sposób ukarać, chce, aby do końca życia czuł nieusuwalny wyrzut sumienia za los, który zgotował najbliższej, jeszcze niedawno ukochanej osobie.

Jak widzimy, znany przypadek został zrekonstruowany sztampowo. Okropny chwyt w postaci zwidów, jakie gnębią Mary Ann, której prawdziwe postaci „morfują się” w iście diabelskie fizjonomie jest na tyle kiczowaty, że skutecznie dobija widza w ocenie filmu. Sugestia, że w pewnym momencie Mary Ann zawładnął diabeł, ma stanowić kładkę do innego wątku filmu, mianowicie teologiczno-religijnego (o czym za chwilę), ale widz tej sugestii nie jest w stanie ulec.

Osobnym pomostem do tego wątku jest dodatkowo historia żywota matki Lomaxa. Wiedzie ona żywot właściwy amiszom. Bezgranicznie bogobojna, znająca Biblię na pamięć i na wyrywki. Scenarzyści wręcz jakby chcieli zawstydzić widza, kiedy przytaczają fragmenty Apokalipsy, jakby przepytując, czy rzeczywiście znamy właściwe sentencje. Tu akurat twórcy filmu nie rozminęli się z rzeczywistością: zbyt głęboka, ortodoksyjna wiara skrywa zwykle jakąś tajemnicę. Nie inaczej jest w przypadku matki Lomaxa. Ten wzór cnót wszelkich, niewiasta o stopniu prawości 11 w skali od 0 do 10, całym swoim uczciwym do bólu życiem zaświadczająca o dobru, które zwycięża grzech, ma na dnie swego sumienia to „coś”, co tłumaczy jej żywot przypominający Mękę Pańską i dźwiganie krzyża. Oczywiście nikt tej tajemnicy nie zna. Ale film ją ujawni. Otóż okaże się, że owa bogobojna parafianka, która sprawia wrażenie, że nigdy nie opuściła swego rodzinnego Greensville, Floryda, raz jeden wybrała się do Nowego Jorku. Tam szesnastolatkę ujął ogładą pewien uprzejmy kelner, który nie tylko potrafił podawać, ale i brać, co chce. No i wziął sobie ten kwiat jedyny. W wyjątkowo dramatycznych okolicznościach mecenas Lomax dowie się w jednej chwili nie tylko tego, że jego święta mamusia żyje życiem pokutnicy za jedną chwilę słabości (szczęścia?), ale i tego, że jest przypadkowym synem zręcznego kelnera.

Wątek ten scenarzystom jest potrzebny jako lepiszcze do tematu, który miał być podstawowym wątkiem filmu. Musimy tu pamiętać, że obraz „Adwokat diabła” powstał w 1997 roku, a więc u schyłku ery zgłębiania przez kino tematyki mistyczno-diabolicznej zapoczątkowanej bodaj przez „Dziecko Rosemary” Romana Polańskiego. Agnostycy pytali w tamtym czasie, ile diabłów może się zmieścić na czubku szpilki, ale kino starało się dać odpowiedź na pytanie, ile jest diabła w człowieku, a ile boga. Niestety w formie wulgarnego uproszczenia, bo głównie w stylistyce niskiego gatunku wypowiedzi artystycznej, jaką jest horror. „Adwokat diabła” rzutem na taśmę pragnie wpisać się w te rozważania, ale proponuje żałosną ich wersję.

Diabłem wcielonym jest John Milton (Al Pacino), wiodąca postać w kancelarii Milton, Chadrick & Waters. Film do samego końca nie uczyni aluzji, czy istnieje tu jakieś nawiązanie do wielkiegoJohna Miltona, czy też tylko tak się napisało scenarzystom.

Ale John Milton z filmu jest tym, który rządzi światem i żywotami ludzkimi, który nimi igra.

Mnogość beznadziejnych i beznadziejnie naiwnie skonstruowanych scen, które mają upewnić widza, że adw. Milton to wcielony diabeł, jest tak wielka, że nie tylko czytelnika tej recenzji mogłaby dozgonnie znużyć, ale też, w pierwszej kolejności, nie oszczędza widza kinowego.

Jak wiadomo, kwestie dotyczące wiary rozpięte są na trójkącie, którego wierzchołki stanowią: wolna wola, grzech oraz poczucie winy. W ramach tego schematu Milton steruje życiem Lomaxa. Najpierw go kusi – ale jednocześnie ostrzega o zagrożeniach – potem wystawia na próby, a gdy ten ich nie zdaje – karze. Mamy tu zatem do czynienia z idealnym wręcz odwzorowaniem idei boga w religiach, tyle że dla uatrakcyjnienia obrazu jego twórcy postanowili mocą sprawczą obdzielić Miltona-szatana. Żeby go podbarwić, mec. Milton wykrzykuje takie sentencje, jak: „Wina jest jak wór kamieni; wystarczy go zrzucić z ramion” [aby poczuć się na powrót wolnym]. W scenie finałowej Milton pyta Lomaxa: „dla kogo dźwigasz ten wór kamieni?” (Chodzi tu o poczucie winy za doprowadzenie żony do samobójczej śmierci, ale i o sprawy, o których napiszemy za chwilę). Ponieważ każdy bóg mówi coś na temat swojej antytezy, szatan wcielony w mecenasa Miltonanie może pozostać dłużny. Pocieszając Lomaxa, zarzuca bogu, że igra z człowiekiem, z jego poczuciem winy dla własnej uciechy. A kiedy tenże waha się – bóg pęka ze śmiechu. „To kpiarz, złośliwiec!” – mówi fan boga, może ostatni humanista – jak sam siebie określa John Milton. Zanim scenarzyści popełnią sepuku, włożą Miltonowi dobre zdanie w usta. Zapyta on retorycznie: „Kto przy zdrowych zmysłach mógłby zaprzeczyć, że XX wiek należał w całości do mnie?”. Faktycznie – bezmiar zła wyrządzonego człowiekowi przez człowieka w dwu­dziestym stuleciu jest tego rodzaju, że definitywnie musiał to być czarci wiek – jeśli diabeł istnieje.

Jedno zdanie w filmie nie czyni wiosny. Zwłaszcza że w „Adwo­kacie” mamy zaraz po nim katastrofę. Otóż scenarzyści, chyba z powodu kompletnego braku weny (lub koki), postanowili, że w końcówce filmu szatan dokona prokreacji, każąc ­własnemu synowi kazirodczo kochać się z siostrą. Widz w obliczu tej propozycji ma nieodpartą chęć natychmiastowego opuszczenia kina, ale przed realizacją tego zdrowego odruchu powstrzymuje go wrażenie, że ta męka ma się ku niechybnemu zakończeniu. Widmo, ba! – obietnica napisu „THE END” jest jedynym powodem, dla którego widz zostaje w kinie, bo zawartość ekranu go zeń wygania. Tak więc ci wszyscy, którzy wcześniej nie wyszli z kina, dotrwają do momentu, w którym człowiek (Lomax) będzie starał się wystrychnąć diabła (Miltona) na dudka, ale próba ta ciągle będzie żałosna, bo Lomaxnie walczy z diabłem, lecz – nieustająco – z samym sobą. Człowiek stale walczy o swoje człowieczeństwo, ale tej prawdy „Adwokat diabła” nie dotyka.

Trzeci dramat Lomaxa

Po tych wszystkich zmaganiach mających na celu po pierwsze zaczernienie papieru, a po wtóre możliwie wierne zrelacjonowanie kiepskich aspektów „Adwokata diabła” czas na temat, „który nas wszystkich tu przywiódł”. Nazwałbym go „trzecim dramatem Lomaxa”.

A temat to adwokacki. Film podejmuje dwa jego aspekty: indywidualny, a mianowicieodpowiedzialności moralnej za rezultaty poczynań adwokata, oraz społeczny – za rolę adwokatów, jaką odgrywają w kształtowaniu najważniejszych etycznie, masowych odniesień do zjawisk dnia współczesnego. Widzowie prawnicy nieuchronnie dopatrzą się w „Adwokacie diabła” ważkich pytań o motywację adwokatów w realizowaniu obrony swoich klientów oraz cel tych wysiłków.

Oglądany obraz stworzy widzowi kontrapunkt, który, jak należy się obawiać, nie jest daleki od rzeczywistości wielkich kancelarii – wierzmy – wyłącznie amerykańskich (?). Z jednej mianowicie strony mec. Lomax, wprowadzany do nowojorskiego raju, usłyszy od swego guru frapujące przedstawienie „departamentów”: media, prawo morskie, kwestie muzułmańskie, fuzje i zakupy, nieruchomości, prawa autorskie, handel międzynarodowy i cło (który to groch z kapustą kompletnie przecież nie trzyma się jakiegokolwiek sensu – z wyłączeniem odmóżdżonego widza, na którym film żeruje) – jednak zderzy się on (Lomax) z informacjami o panglobalnym zakresie operacji kancelarii, w czym upewni go scena palenia dokumentacji firmy – w obliczu możliwej kontroli ze strony Departamentu Sprawiedliwości. (Wprost zresztą kojarzącą się ze słynnym klipem pt. „New Year Eve in Arthur Andersen”, kiedy to na Piątą Aleję spadają płatki, ale nie śniegu, lecz podartych dokumentów…).

Jednak w „Adwokacie diabła” mamy dość scen, które mają za zadanie wymusić na widzu odruch niechęci do powinności adwokackiej. Jest wielką winą scenarzystów, że nie rozumieją, na czym polega rola adwokata w procesie karnym. O wiele bliższy jestem zarzuceniu kolegom amerykańskim, że wieloletnim staraniom zawdzięczają takie, a nie inne zakwalifikowanie ich zawodowych wysiłków, w których chodzi o wywalczenie, za wszelką cenę, łagodniejszego wyroku.

Zadaniem adwokata jest zawsze uzyskanie łagodniejszego wyroku, a tam, gdzie się należy – wyroku uniewinniającego, ale nie za wszelką cenę.

To, czego nie rozumie mec. Lomax, należy włożyć na karb scenarzystów. Tak więc jego wątpliwości nie są wątpliwościami adwokata-obrońcy, lecz – wyłącznie – wątpliwościami scenarzystów, którzy jedynie imaginują sobie (opacznie zresztą) obowiązek obrońcy.

Biednemu Lomaxowi każą mianowicie (tj. twórcy scenariusza) zamienić się w sędziego własnego klienta. Jest to podstawowe nieporozumienie na temat funkcji obrońcy, pokutujące u nie-adwokatów oraz elementarny błąd adwokacki, który przytrafia się młodym albo niedokształconym członkom palestry. Jakże często spotykamy się z pytaniem „Jak pan jest w stanie bronić takiego zbrodniarza?”. A zadają je przecież najczęściej nasi znajomi, a więc ludzie wykształceni.

Na czym polega problem mec. Lomaxa? Otóż jego zaangażowanie w sprawę opiera się na uwierzeniu w wersję klienta podającego się za niewinnego. Rozwój sprawy, inteligencja i zmysł obserwacyjny Lomaxa najpierw wzniecają jednak u niego wątpliwości, potem podejrzenia, a wreszcie pewność, że człowiek, którego broni z przekonaniem o jego niewinności, jest jednak winny zarzucanego mu przestępstwa. I tu pan mecenas nie wytrzymuje psychicznie, przeżywa traumę i stres. „Nabrałeś mnie! Żona, dziecko i… gwałt! Nabrałeś mnie!” – wykrzykuje w twarz nauczycielowi, którego przyłapał na lubieżności podczas przesłuchiwania własnej ofiary. W innej scenie powie: „Rozpocząłem tę sprawę z czystym sumieniem”, to znaczy – z wiarą w niewinność klienta.

Na idiotyczne słowa Lomaxa jego mocodawca reaguje całkiem rezolutnie: „Jesteś moim adwokatem. Masz mnie bronić!”. I mimo że ma rację, zostaje potępiony, odepchnięty i porzucony przez – własnego obrońcę.

Problem Lomaxa jest pozorny. Nie jest zresztą rzeczywistym problemem etyki adwokackiej, lecz wyłącznie indywidualnym kłopotem tego adwokata, który ma przede wszystkim problem z samym sobą. Gdyby problem ten był rzeczywisty, nie tylko Lomax nie mógłby bronić. Przede wszystkim nie mógłby bronić jakikolwiek adwokat, który od początku wie, że jego klient popełnił zbrodnię.

Warto tu przypomnieć starą jak świat adwokacką prawdę, że rzeczą adwokata jest obrona oskarżonego, a nie jego etyczne osądzanie. Każdego, kto popełnił przestępstwo, wyrządził zło, a więc postąpił nieetycznie. Byłoby niezwykle komfortowo, gdyby adwokaci bronili wyłącznie i zawsze tylko ludzi niewinnych. Ale kto wówczas broniłby pozostałych?

Nie, nie o osąd etyczny chodzi w robocie adwokackiej, lecz o pilnowanie przestrzegania prawa przez machinę państwową stawiającą jednostkę przed sąd, niezależnie od tego, czego ten człowiek się dopuścił i kim jest. Rolą adwokata jest też obrona i faktyczna egzekucja praw, które każdemu podsądnemu są przyznane. Raz większych, raz mniejszych, ale jednak zawsze jakichś.

Te proste prawdy trzeba nie tyle przypomnieć Lomaxowi, ale uświadomić autorom scenariusza filmu, którzy – podobnie jak większość ludzi – uważają, że porządny adwokat może bronić wyłącznie niewinnego, a każdy inny jest moralnie potępiony. Nic bardziej mylnego.

W bardziej uniwersalnym wątku film staje się rzeczowy. Chodzi tu mianowicie o magię pieniądza i pożądanie zrobienia kariery za wszelką cenę. Twórcy filmu poprowadzą ten temat tradycyjnie, przypominając, że nie wszystko złoto, co się świeci, oraz że ambicji i apetytu na sukces nie można realizować za wszel­ką cenę.

Lomax sam widzi, że ma z tym problem. Chęć kariery w pewnym momencie zaczyna nad nim dominować, staje się silniejsza nie tylko od rozsądku, ale także od uczuć wobec najbliższej osoby.

Kiedy szef kancelarii chce mu odebrać sprawę, na której Lomax zamierza wypłynąć na scenie nowojorskiej, ten powiada: „Boję się, że rzucę sprawę, Mary Ann wyzdrowieje, ale ja ją znienawidzę”. Stając wobec dylematu, czy rozwijać karierę adwokacką, czy też na plan pierwszy przedłożyć dobro ukochanej żony (a więc i swoje własne), Lomax ulega słabości ambicji. Tytułowy diabeł wytknie mu pod koniec filmu, że uległ próżności, przyznając, że to ulubiony czarci grzech. Ale i sam diabeł ma czasami rację. Uwikłanemu w wyrzuty sumienia Lomaxowidiabeł przypomni, że „kariera niszczy człowieka, który staje się swoim własnym bogiem”. Czyż w tym punkcie odmówimy szatanowi słuszności?

Rozpieszczanemu przez setki tysięcy, może miliony dolarów Lomaxowi życie nie oszczędzi cięgów. Oto, kiedy ma już wszystkiego dość, dowiaduje się, że niegdyś wybroniony przezeń nauczyciel oskarżony o molestowanie uczennicy został właśnie zatrzymany z ciałem dziesięcioletniej dziewczynki w bagażniku samochodu. Lomax czuje się jakoś tej tragedii moralnie współwinny. I choć obiektywnie niesłusznie, nasz bohater wykona kolejny krok ku samozagładzie, która bywa niekiedy finałem szaleństwa ambicji i próżności niepoprawnych karierowiczów. W finałowej scenie, która ma zrehabilitować Lomaxa, dziennikarz obiecuje: „Będziesz we wszystkich mediach. Jesteś wyjątkowy. Będziesz gwiazdą” (za cenę wyłączności na temat). Lomax już ma powiedzieć, że go to nie interesuje, ale nasi scenarzyści-egzaminatorzy ludzkiej natury okażą się bezlitośni: „Zadzwoń do mnie jutro!” – rzuca żurnaliście Lomax, wpadając na powrót w spiralę, z której, jak mogło się przez chwilę wydawać, udało mu się na dobre wyrwać.

Opisywany wątek jest jednak nie tyle adwokacki, ile raczej porusza tematykę powszechnej ludzkiej słabości, która oczywiście dotyka także adwokatów.

Z tematów zawodowych wart wspomnienia jest jeszcze jeden, acz ledwie zamarkowany, bo to film dla widzów, a nie dla prawników. Pokazuje mianowicie paradoks adwokackich firm prawniczych, w które wpisana jest oczywista kolizja interesów klienta z interesami przedsiębiorstwa, jakim taka firma oczy­wiście jest.

W pewniej scenie do szefa kancelarii dociera wiadomość, że jeden z jej klientów został właśnie zatrzymany pod zarzutem potrójnego zabójstwa. „Bierzemy tę sprawę; to nasz klient” – decyduje pierwszy partner. Ale też natychmiast pyta, na ile ów klient został zafakturowany i czy zapłacił. Okazuje się, że na, bagatela… 16 242 godziny, co przy przystępnej stawce 400 dolarów daje prawie 6,5 miliona. I dlatego tzw. dyrektor zarządzający przypomni wspólnikom, że to nie „nasz” klient, tylko klient „firmy”, czytaj: musimy odzyskać nasze pieniądze. Bo pieniądze są, jak wiadomo, najważniejsze.

Oj, w tej sprawie twórcy filmu są dla adwokatów bezlitośni. W kilku scenach jakże krytycznie mówi się i pokazuje, bądź komentuje, negatywne cechy adwokatów prześcigających się w pogoni za pieniądzem. Słowem mamy tu skrót opinii społeczeństwa amerykańskiego o adwokatach. Wątek ten nie byłby ciekawy, gdyby nie aktualna sytuacja na rynku prawniczym w Polsce, na którym rozbijaniu i niszczeniu tradycyjnych wartości towarzyszy instalacja mechanizmów, które zrujnowały reputację adwokatów w Stanach Zjednoczonych.

Ale jest to już temat na recenzję z rzeczywistości, a nie z „Adwo­kata diabła”.

Zaiste, trudno polecić ten film z innych przyczyn niż podziwianie doskonałej kreacji stworzonej przez Ala Pacino czy też znanych walorów – dla pań: Keannu Reevesa, a dla panów: Charlize Theron. To jednak stanowczo za mało, aby obrazowi przyznać „plusy dodatnie”.