Prawo w filmie

Ława przysięgłych

Tekst pochodzi z numeru: 6 (72) czerwiec 05

Tomasz Stempowski, Piotr Grabarczyk

reż. Gary Fleder, USA 2003

Podobno między amerykańskimi prawnikami krąży stary kawał pokazujący różnicę między procesem przed ławą przysięgłych w Ameryce a takim procesem w Anglii: „W Anglii proces rozpoczyna się po wybraniu ławy przysięgłych. W Stanach Zjednoczonych po wybraniu ławy proces jest zakończony”. Film Gary’ego Fledera mógłby być dowodem na to, że zawarta w tym dowcipie teza jest prawdziwa. Mógłby, pod warunkiem, że film wystarczająco wiernie odtwarza realia.

Od „Dwunastu gniewnych ludzi” do „Ławy przysięgłych”

Tytuł sugeruje, że tematem filmu będzie funkcjonowanie sądu przysięgłych i dylematy związane z odpowiedzialnością pełnienia funkcji ławnika. Nie byłoby to nic nowego. Wystarczy przypomnieć taki tytuł jak „Dwunastu gniewnych ludzi” Sydneya Lumeta, film, o którym niedawno pisaliśmy. Powrót do tego wątku byłby całkiem zrozumiały. Instytucja ławy przysięgłych ma w amerykańskim systemie prawnym tak duże znaczenie, że kino nie mogło się nią nie zainteresować. Nie chodzi nawet o rolę jury w procesie orzekania winy, ale o liczbę ludzi, którzy przechodzą przez doświadczenie bycia ławnikiem.

„Ława przysięgłych” to jednak film z innej półki niż dzieło Lumeta. Wystarczy wspomnieć, że w oryginale nosi on tytuł „Runaway Jury”, czyli „Uciekająca ława przysięgłych”, i że scenariusz powstał na podstawie jak zwykle bestsellerowej powieści Johna Grischama. W materiałach promocyjnych do filmu pojawiło się zdanie, że jest on połączeniem dramatu sądowego z thrillerem. W zasadzie to dobra charakterystyka, z tym że w miarę rozwoju akcji coraz więcej jest thrillera, a coraz mniej dramatu. Nas interesować będzie przede wszystkim sposób, w jaki w tym filmie zostały przedstawione procedury sądowe.

Obowiązek obywatelski

Spróbujemy przebyć tę samą drogę co główny bohater – Nicholas Easter (John Cusack). Razem z nim wejdziemy do sądu i zobaczymy, jak przeciętny obywatel zostaje przysięgłym. Opuścimy go w chwili, gdy przekonamy się, że tak naprawdę zamierza on przejść od 16 $ dniówki przysługującej ławnikowi do 15 000 000 $ za… Chcemy przecież poznać prawo, a nie je łamać.

Nicka spotykamy po raz pierwszy, gdy wychodzi z domu i wyjmuje ze skrzynki na listy korespondencję. Wśród kopert jest wezwanie do służby w sądzie w charakterze sędziego przysięgłego. Wydaje się, że Nick nie pali się zbytnio do spełnienia tego zaszczytnego obowiązku. W czasie rozmowy z kolegami zastanawia się, jak się od niego wymigać i dlaczego wezwali właśnie jego. Ktoś mówi, że do kartoteki kandydatów na ławników trafił, gdy zarejestrował się do głosowania. Ławnikiem nie mógłby być, gdyby był karany.

W Stanach Zjednoczonych kandydatów na ławników wybiera się losowo z list zarejestrowanych wyborców, z ewidencji posiadaczy prawa jazdy i czasami z innych rejestrów obywateli. Z obowiązku zwolnieni mogą być lekarze, prawnicy, policjanci, strażacy, czynni wojskowi, inwalidzi, zwykle wyłączone są też osoby karane. Szczegółowe regulacje są różne w poszczególnych stanach. W Luizjanie, gdzie znajduje się Nowy Orlean, w którym rozgrywa się akcja „Ławy przysięgłych”, ławnicy wybierani są właśnie spośród zarejestrowanych wyborców i kierowców. Ławnikami nie mogą być osoby skazane lub pozostające w stanie oskarżenia oraz niepełnosprawni, którym upośledzenie nie pozwala na właściwe poznanie dowodów.

Amerykanie uważają uczestnictwo w sądzie przysięgłych za obowiązek obywatelski. Uchylanie się od niego może zostać uznane za obrazę sądu i ukarane grzywną lub więzieniem. Wynika to z przeświadczenia, że służba w charakterze przysięgłego jest kamieniem węgielnym amerykańskiego systemu prawnego. Pozwala na realizację zagwarantowanego w VI Poprawce do Konstytucji prawa, zgodnie z którym: „Oskarżony ma mieć prawo do szybkiego i publicznego procesu przed bezstronną ławą przysięgłych w stanie i dystrykcie, w którym popełniono przestępstwo”.

Voir dire

Wylosowani przez komputer kandydaci na ławników są kierowani w grupach po kilkadziesiąt osób (dokładna liczba jest różna w zależności od stanu i rodzaju sprawy) do sądu. Tam następuje wybór ławy przysięgłych i ławników rezerwowych, co jest nazywane mianem voir dire(zależnie od przyjętego tłumaczenia może to znaczyć: „widzieć i mówić” lub „mówić prawdę”). Celem selekcji jest eliminacja z ławy tych kandydatów, którzy mają przekonania lub uprzedzenia niepozwalające im na wydanie obiektywnego wyroku w konkretnej sprawie.

Procedura wyboru przysięgłych może mieć różny przebieg. Szczegółowe rozwiązania zależą od konkretnego sędziego. Zazwyczaj jednak jako pierwszy pytania zadaje sąd, następnie oskarżyciel w sprawach karnych lub powód w sprawach cywilnych. Na końcu pyta obrona.

Sędzia zaczyna od sprawdzenia podstawowych danych: nazwiska, zawodu, statusu materialnego itp. Dowiaduje się także, czy istnieją jakieś powody, które mogą sprawić, że przyszli ławnicy nie będą obiektywni. Następnie inicjatywę mogą przejąć adwokaci stron, którzy mają prawo wykluczać kandydatów na podstawie dwóch procedur. Pierwsza to challange for cause. Polega na wyłączeniu kandydata na przysięgłego po podaniu przyczyny. Oczywiście podstawa wykluczenia musi wskazywać, że dany kandydat mógłby nie zachować bezstronności. Liczba przysięgłych, którzy mogą być wykluczeni w ramach tej procedury, nie jest ograniczona. Drugim sposobem wyeliminowania niepożądanego kandydata są tzw. peremptory challanges, czyli wyłączenie kandydata bez podania przyczyny. Każda ze stron może wyeliminować tą drogą ograniczoną liczbę przysięgłych. Ile, to zależy od stanu i rodzaju sprawy. W Luizjanie w sprawach cywilnych przed ławą składającą się z dwunastu przysięgłych każda ze stron może wyłączyć bez podania przyczyny sześciu kandydatów. Rozstrzygnięcie w sprawach cywilnych zapada większością głosów dziewięciu z dwunastu przysięgłych.

Niezwykła sprawa

Nicolas Easter, by zastać ławnikiem, musiał poddać się wyżej wymienionym procedurom. Jednakvoir dire, w którym przyszło mu uczestniczyć, przebiegało chyba inaczej niż to, które zazwyczaj ma miejsce w amerykańskich sądach. Niezwykła jest już sama sprawa. Wdowa, której mąż został zabity przez szaleńca, pozywa do sądu potężną korporację produkującą broń, z której strzelał morderca. Mamy więc konflikt Dawida z Goliatem. W roli Dawida ma wystąpić adwokat wdowyWendell Rohr (Dustin Hoffman), jego przeciwnikiem będzie – no właśnie, wcale nie adwokat korporacji (ten w filmie jest postacią mało istotną), lecz konsultant w sprawie wyboru przysięgłych: cyniczny i bezwzględny Rankin Fitch (Gene Hackman). Kwalifikacje obu panów są równie wysokie, ale za Fitchem stoi lobby producentów broni, które może szastać milionami dolarów, natomiast Rohr ma tylko zapał i wiarę w ideały. Przynajmniej tak wydaje się na początku filmu.

Fitch dysponuje zespołem współpracowników i cudami najnowszej technologii. Gdy widz wraz z nim wchodzi po raz pierwszy do jego sztabu, może pomyśleć, że znalazł się w tajnym ośrodku NASA. Ludzie Fitcha śledzą już wszystkich kandydatów na ławników i analizują najdrobniejszy szczegół z ich przeszłości. Wszystko po to, by zwiększyć prawdopodobieństwo, że dana osoba na końcu rozprawy podejmie decyzję po myśli ich klienta. Korporacja i jej prawnicy mają jeszcze jeden atut. Po ich stronie stoi prawo i konstytucja. Na sali sądowej kilkakrotnie padnie z ust adwokata korporacji apel do przysięgłych, aby kierowali się obowiązującym prawem.

Rohr stosuje nieco inne metody – bardziej staroświeckie. W trakcie voir dire kieruje się zwykle instynktem. Wprawdzie także zatrudnia konsultanta — Lawrence’a Greena (Jeremy Piven) – ale jest nim młodzik bez większego doświadczenia. Sposób, w jaki Rohr stara się oddziaływać na ławę, poznajemy już przy jego pierwszej rozmowie z Greenem. Rohr pyta, jaki wybrać krawat: w paski czy gładki, po czym zakłada gładki, bo, jak mówi: przysięgli nie lubią wymuskanych adwokatów.

Taki rozkład sił sprawia, że widz z góry wie, jakiego rozstrzygnięcia się spodziewać. Oczywiście wygra Rohr i jego klientka — przecież dobro zawsze triumfuje. W „Ławie przysięgłych”, tak jak w większości hollywoodzkich filmów, nie jest tajemnicą, kto będzie górą. Niespodzianką może być tylko to: jak i dlaczego. Wróćmy zatem na salę sądową i poszukajmy odpowiedzi na te pytania.

Od dramatu sądowego do thrillera

Początkowo wybór ławników przebiega niemal normalnie. Niemal, bo adwokat korporacji ma w uchu słuchawkę, przez którą słyszy instrukcję Fitcha, a w jego teczce ukryta jest mikrokamera, dzięki której Fitch i jego ludzie mogą śledzić wypadki na sali. Ale pomijając to, wszystko odbywa się zgodnie z obowiązującymi procedurami. Podstawowe dane o przysięgłych zawarte są w wypełnionych przez nich kwestionariuszach. Pierwszy przepytuje kandydatów Rohr, który reprezentuje stronę pozywającą. Drugi bada ich adwokat korporacji. Co jakiś czas któryś z kandydatów odpada wyeliminowany przez jedną ze stron. Coś się zaczyna dziać dopiero wtedy, gdy Nicolas Easter kilkakrotnie ostentacyjnie spogląda na zegarek. Denerwuje to sędziego, który pyta, czy mu się gdzieś spieszy. Nick odpowiada, że gdyby sędzia znał jego sytuację, to zwolniłby go z obowiązku. Nick zamierzał wziąć udział w turnieju gier video, w którym można wygrać 100 000 $, i nie stać go na to, by stracić taką szansę. Taki argument wytrąca sędziego z równowagi: „System sądowniczy – krzyczy – powstał dlatego, że przez tysiące lat pojedynczy sędzia mógł skazać młodego człowieka tylko dlatego, że mu się nie podobał. Ten chłopak powinien przejść kurs obowiązków obywatelskich”. Po tych słowach oczywiste stają się dwie sprawy. Po pierwsze, Nick będzie musiał spełnić obowiązek, który nakłada na niego społeczeństwo. Po drugie, Nick niczego bardziej nie pragnął, niż zostać ławnikiem w tej sprawie. Wszystkie jego dotychczasowe działania i zastrzeżenia były zasłoną dymną, która miała sprawić, by żadna ze stron go nie wyeliminowała. Po słowach sędziego obaj adwokaci zgadzają się na kandydaturę Nicka i tym samym do gry wchodzi trzeci gracz. Na czym polega gra? Wszystko wydaje się jasne, gdy Rohr i Fitch dostają kartki z takim samym napisem: „Sędziów nie można kupić za 16 $ dziennie i lunch”. Wkrótce kobiecy głos należący do Marlee (Rachel Weisz) – dziewczyny i wspólniczki Nicka – oznajmi przez telefon każdemu z nich, że mogą kupić werdykt za 10 000 000 $.

W tym miejscu film przestaje być dramatem sądowym, a zamienia się w thriller. Tradycyjny motyw zmagań dwóch adwokatów schodzi na drugi plan, choć zobaczymy jeszcze sceny przesłuchań świadków przed ławą przysięgłych i wysłuchamy płomiennych mów prawników. Dominować będą jednak dwa inne wątki. Jeden pokaże nam, jak Nick przejmuje kontrolę nad ławą przysięgłych. Drugi to zmagania Nicka z Fitchem, który wszelkimi, zwykle brudnymi, metodami postara się wpłynąć na przysięgłych. Dlatego pozostawimy na razie bohaterów i pozwolimy, by wypadki potoczyły się torem, który wyznaczyli im scenarzyści, bez naszej obecności. Czas, w którym zbiry Fitcha będą gnębić Nicka i jego ukochaną, wykorzystamy, żeby pochylić się jeszcze raz nad instytucją ławy przysięgłych. Do bohaterów wrócimy pod koniec filmu.

Słabości i ograniczenia systemu

Wiele regulacji związanych z funkcjonowaniem ławy przysięgłych ma na celu zagwarantowanie bezstronności ławników i tym samym sprawiedliwego rozstrzygnięcia. Temu właśnie ma służyć procedura voir dire. Czy jednak instytucja ławy przysięgłych spełnia pokładane w niej nadzieje, to zupełnie inna kwestia. Rankin Fitch uważa, że nie. Na spotkaniu z przedstawicielami koncernów produkujących broń mówi: „Proces sądowy to zbyt poważna sprawa, by pozostawić ją w rękach przysięgłych”. A w czasie swojej jedynej bezpośredniej rozmowy z Rohrem stwierdza: „Myślisz, że sędziów obchodzi sprzedaż broni albo jej ograniczenie? Większość nie ma pojęcia, o co chodzi. Myślisz, że przeciętny sędzia jest mądry jak Salomon. Nie, to zwyczajny zjadacz chleba, który chce wrócić do domu i oglądać telewizję i ma gdzieś prawdę, sprawiedliwość i ojczyznę”. Co więcej, jak pokazuje akcja filmu, na ławników można wpływać, i to za równo od wewnątrz, jak to robi Nick Easter, jak i z zewnątrz, co stara się czynić Fitch.

Zastrzeżenia Fitcha to nie tylko świadectwo jego cynizmu. Argumenty, które wysunął, nie są jego oryginalnym pomysłem. Oczywiście istnieją mechanizmy, które przeciwdziałają niektórym zagrożeniom. Aby sędziowie przysięgli nie wpływali na siebie wzajemnie, obowiązuje ich zakaz porozumiewania się. Natomiast aby nie ulegali wpływom zewnętrznym, nie powinni z nikim rozmawiać na temat sprawy, nie wolno im też czytać artykułów, oglądać programów telewizyjnych i słuchać audycji radiowych, które dotyczących procesu, w którym uczestniczą. Jeżeli sędzia uzna, że coś zagraża bezstronności sędziów, może zarządzić odizolowanie przysięgłych. W takim wypadku ławnicy są na czas trwania procesu zakwaterowywani w hotelu i dowożeni na salę rozpraw. Z mechanizmu tego skorzystał Nick. Gdy zorientował się, że Fitchszantażuje niektórych przysięgłych, tak pokierował sędzią, że ten zarządził odizolowanie ławy. Zatem być może da się uniknąć niebezpieczeństwa wpływania na ławników w czasie procesu.

Znacznie trudniej poradzić sobie z drugim podniesionym przez Fitcha argumentem, który można w skrócie wyrazić tak: sędziowie przysięgli są po prostu niekompetentni. Jest mało prawdopodobne, żeby przypadkowo wybrani ludzie, pochodzący z różnych warstw społecznych, o różnym stopniu wykształcenia i poziomie inteligencji mogli zrozumieć skomplikowane sprawy wymagające biegłości w kwestiach prawnych i – na przykład – ekonomicznych. Wydanie właściwego werdyktu jest tym trudniejsze, że przysięgli w czasie procesu odgrywają tylko bierną rolę. Mogą jedynie słuchać tego, co dzieje się na sali, natomiast nie mają możliwości zadawania pytań, które rozwiałyby ich wątpliwości. Nie wolno im też robić żadnych notatek i muszą polegać wyłącznie na własnej pamięci. Przy skomplikowanych sprawach o dużej ilości materiałów dowodowych może to rodzić poważne trudności.

Jeszcze inne wątpliwości budzi kwestia możliwości wytypowania ławy przysięgłych, która byłaby rzeczywiście bezstronna. Kwestionowana jest już sama procedura wyłaniania kandydatów na ławników. W 1968 r. Kongres uchwalił Jury Selection and Service Act, zgodnie z którym ławników można wybierać losowo z list zarejestrowanych wyborców. Zauważono, że procedura taka nie zapewnia reprezentatywności ławy, bo na przykład wiele mniejszości nierejestruje się na listach wyborców, a niektóre środowiska i grupy ludności są wykluczone lub zwolnione z tej służby. Niektórym niewłaściwa wydaje się też selekcja sędziów. W założeniu ma ona służyć zapewnieniu bezstronności, ale w rzeczywistości może prowadzić do czegoś przeciwnego Adwokatom stron nie zależy bowiem na wyłonieniu przysięgłych zdolnych do wydania sprawiedliwego wyroku, lecz wyroku korzystnego dla ich klienta. Wolą zatem usunąć bezstronnego sędziego, a pozostawić stronniczego, oczywiście jeżeli jego poglądy sprzyjają ich sprawie. Dobrym przykładem tego zjawiska jest eliminowanie kandydatów na przysięgłych ze względu na ich rasę. Jest to oczywiście zakazane, ale możliwe, bo przecież strony mają prawo do peremptory challanges, czyli wyłączenia kandydata bez podania przyczyny. W 1965 r. w głośnej sprawie Swein v. Alabama czarny Robert Swein był oskarżony o zgwałcenie białej kobiety i całkowicie biała ława przysięgłych skazała go na śmierć. Ponieważ w pierwotnej ławie było sześciu czarnych, którzy zostali wyeliminowani przez prokuratora przy użyciu peremptory challanges, Swein odwołał się od wyroku, argumentując, że padł ofiarą dyskryminacji. Sąd Najwyższy nie zgodził się z nim, stwierdzając, że oskarżony powinien dowieść, że przysięgłych wyłączono ze względu na rasę, a nie z innych powodów, i że prokurator kierował się kryterium rasowym także w innych przypadkach. Dopiero w 1986 roku w sprawie Batson v. Kentucky Sąd Najwyższy zmienił zdanie i stwierdził, że prokurator nie może wyeliminować przysięgłych tej samej rasy co oskarżony, gdy okoliczności pozwalają przypuszczać, że eliminacja nastąpiła ze względu na rasę. I wreszcie w 1991 r. w sprawiePowers v. Ohio Sąd Najwyższy stwierdził, że prokurator nie może wykluczyć czarnych sędziów przysięgłych ze względu na ich rasę także wówczas, gdy oskarżony jest biały. Jak żywe emocje budzi ta kwestia w Ameryce, dowodzi przykład głośnego procesu O. J. Simpsona, który podzielił społeczeństwo i zyskał miano procesu stulecia. Także w tej sprawie decydującą rolę odegrał dobór ławy przysięgłych.

Podnosi się wreszcie argument, że proces przed ławą jest niesprawiedliwy, bo większe szanse ma strona, którą stać na wynajęcie drogiego adwokata i dobrego konsultanta do wyboru przysięgłych. Może nie jest tak źle, bo film Gary’ego Fledera nie potwierdza tezy, że to bogaci zawsze wygrywają. W „Ławie przysięgłych” wygrywa strona uboższa i słabsza. Dlaczego? Wyjaśnia to Nick, gdy na końcu tłumaczy Fitchowi: „Nikogo nie trzeba było przekabacać. Ja tylko nie dopuściłem do tego, żeby pan wykradł werdykt. Pozwoliliśmy im głosować zgodnie z głosem serca, a to oznacza, że pan przegrał”.

Te optymistyczne słowa prowadzą do wniosku, że ława przysięgłych, jeżeli zostawić ją samej sobie, wydaje właściwe orzeczenie. Gdyby jednak stało się inaczej, prawo przewidziało mechanizmy, które pozwalają na naprawienie błędu. Jeżeli sędzia uzna, że ława wydała werdykt bez wystarczających dowodów lub jest on bezprawny, może go anulować. Możliwości takiej nie ma to tylko w przypadku wyroku uniewinniającego w sprawach karnych. I tu pojawia się ciekawy paradoks. Otóż przysięgli mają faktyczną możliwość zignorowania prawa i wydania wyroku uniewinniającego mimo istnienia dowodów winy oskarżonego. Sędzia nie może anulować tego rozstrzygnięcia, a nikt nie może być sądzony za to samo dwa razy. Przysięgli mogą zatem ignorować prawo (nullification). Formalnie jednak nikt takiego prawa im nie przyznał i zarówno sędziemu jak adwokatowi nie wolno informować ich o takiej możliwości.

Warto zwrócić na jeszcze jedną kwestię, która pojawia się w filmie. Ponieważ w Stanach Zjednoczonych panuje system prawa precedensowego, ława przysięgłych ma poniekąd możliwość wpływania na kształt obowiązujących przepisów prawnych. Adwokat Rohr w mowie końcowej apeluje: „Będą następne strzelaniny i następne, i tak w nieskończoność, aż zażądamy zmiany. Słyszeliście. jak producent broni twierdził, że to, co robimy z bronią, to nie jego sprawa. Ma rację. Wasz werdykt może sprawić, że to będzie jego sprawa”.

Znaczenie ławy przysięgłych jest w amerykańskim systemie prawnym nie do przecenienia. Paradoksalnie nie znaczy to wcale, że procesy przed ławą przysięgłych są najpowszechniejszą formą rozstrzygania sporów. W rzeczywistości w 90% spraw nie dochodzi do rozprawy głównej. Najczęściej proces kończy się porozumieniem pomiędzy stronami czy pomiędzy oskarżonym a prokuratorem. Rozprawa może też odbywać się przed samym sędzią, jeżeli oskarżony zrezygnuje z prawa do procesu przed ławą przysięgłych. Film ze zrozumiałych względów deformuje rzeczywistość. Liczy się przecież widowisko, a gwarantuje je właśnie proces przed ławą przysięgłych. Oczywiście ważne jest jeszcze szczęśliwe zakończenie.

Happy end

„Ława przysięgłych” Gary’ego Fladera spełnia oczekiwania, jakie widz stawia filmom hollywoodzkim. Ma wartką akcję, dramatyczne spięcia, główne role grają prawdziwe gwiazdy, a całość zwieńczona jest happy endem. Wnikliwy czytelnik może tu wysunąć dwa zastrzeżenia: że to wcale nie jest dobrze, gdy sprawiedliwy wyrok można uzyskać dopiero po zapłaceniu 15 000 000 $, i Nicolas Easter, który żąda takiej sumy za uczciwe spełnienie swego obowiązku, nie jest bohaterem pozytywnym. Spieszymy uspokoić, że spece od scenariusza tak wszystko wymyślili, że widz odchodzi od ekranu ukontentowany.