Felietony

Wiem, że nic nie wiem – czyli jak wygłaszać przemówienie w sprawie karnej

Tekst pochodzi z numeru: 4 (106) kwiecień 2009

Jacek Dubois

Dowiedziawszy się, że mam napisać o przemówieniach w sprawach karnych, nie mogłem powstrzymać uśmiechu. Dla mnie historia zatoczyła koło: przed ponad dwudziestu laty jako aplikant o mały włos nie zakończyłem kariery prawniczej przez kłopoty z wygłoszeniem mowy obrończej, a dziś mam doradzać, jak to robić. Życie potrafi zaskakiwać paradoksami.

Trochę historii

Mój rocznik był eksperymentalny: Rada Adwokacka zatrudniła aktora Marka Obertyna, by nauczył nas sztuki oratorskiej. Abyśmy mogli zabłysnąć zdobytą wiedzą, zorganizowano konkurs krasomówczy. Przygotowywałem się solidnie i napisałem zupełnie niezłe przemówienie. Bojąc się, by czegoś ważnego nie pominąć, odczytałem je z kartki. Poszło fatalnie, merytorycznie treść została unicestwiona fatalną formą przekazu. Gdy zakończyłem, mój nauczyciel dał mi do zrozumienia, że powinienem się zastanowić, czy nie rozminąłem się z powołaniem i nie powinienem szukać szczęścia w innym zawodzie niewiążącym się z publicznymi wystąpieniami. Powód porażki był prozaiczny – jestem dyslektykiem i płynne przeczytanie długiego tekstu przerastało moje możliwości. Od tego czasu moją podstawową zasadą jest niekorzystanie z wcześniej napisanych tekstów.

Fechtunek na słowa

By być wiarygodnym, siła naszych argumentów powinna pochodzić z głowy i serca, a nie z kartki.Wystąpienia w sądzie to fechtunek na słowa, nieustanne parowanie ataków oskarżyciela i próba przekonania sędziów do własnych racji. Idąc na sprawę, nie wiemy, co powie przeciwnik, często jesteśmy zaskakiwani argumentacją, której nie przewidzieliśmy. Naszym zadaniem jest zdyskredytowanie, czy wręcz ośmieszenie, tez przeciwnika. Na wydarzenia dziejące się na sali rozpraw musimy reagować na bieżąco, nie ograniczając się do wcześniej przygotowanej argumentacji, która nijak może się odnosić do spontanicznie rozgrywających się wydarzeń.

Gdy coś nas zaskoczy, warto trzymać się zasady: „Cokolwiek by się wydarzyło, udawaj, że się tego spodziewałeś”1.

Nasze wystąpienie nie jest sztuką dla sztuki. Nie tylko musi brzmieć pięknie, ale musi pomóc klientowi w konkretnej sytuacji. O wy­roku decydują sędziowie, a naszym zadaniem nie jest zachwycenie ich pięknem wypowiadanych słów, ale przekonanie do naszych racji. By to osiągnąć, musimy zachować wzrokowy kontakt z gremium, do którego się zwracamy, czego nigdy nie osiągniemy, przemawiając z kartki. Sędziowie to profesjonaliści, jednak często przypadkowy gest czy wyraz twarzy pozwala domyślać się ich reakcji na nasze argumenty. Zdarza się, że sąd notuje to, co mówimy. Nie musi to być zwiastun sukcesu. Sędzia może zapisywać argumenty zarówno po to, by przytoczyć je w korzystnym wyroku, jak i po to, by je zbić, uzasadniając niekorzystne rozstrzygnięcie. Jednak to, że nasze słowa są notowane, znaczy, że mówimy rzeczy istotne. Obserwując słuchaczy, możemy reagować i rezygnować z argumentów niewywołujących zamierzonego skutku, by eksponować inne okoliczności. Byłoby to niemożliwe przy spisanym zawczasu przemówieniu.

Jak zatem przygotować i wygłosić przemówienie?

Każdy z nas jest indywidualnością i musi znaleźć własną drogę. To, co przynosi sukces jednemu, dla drugiego może być źródłem porażki. Sposób przemawiania musimy dostosować do naszych osobistych predyspozycji. Nie ma uniwersalnych recept. Mogę jedynie opowiedzieć, jak ja się uczyłem. Podstawa to zdobycie wiedzy ogólnej. Najwybitniejszy prawnik nie zostanie uznanym mówcą, jeśli nie potrafi wyrwać się z zamkniętego kręgu paragrafów. Dobra mowa obrończa jest kompilacją wiedzy fachowej, sztuki logicznego myślenia, posługiwania się anegdotą, znajomością historii, filozofii i literatury. Nie możemy oferować jedynie wielogodzinnego monologu prawniczego, musimy dać słuchaczowi odetchnąć, wychodząc swoimi argumentami poza suche paragrafy.

Warto czytać

Broniłem policjanta, który w trakcie obławy na tygrysa w dramatycznych okolicznościach postrzelił weterynarza. Aby ocenić zachowanie oskarżonego, trzeba było oddać jego stan psychiczny. Co mógł czuć, stojąc o kilka metrów od dzikiego zwierzęcia, doskonałego mordercy, którego naturalnym instynktem jest zabijać. Ale jak opowiedzieć o czymś, czego się samemu nie przeżyło? Jak wiarygodnie opisać paraliżujący strach, kiedy nigdy nie widziało się tygrysa na wolności? Przypomniałem sobie o Erneście Hemingwayu, pisarzu, który polował w Afryce. On wiedział, co się czuje w konfrontacji z dziką bestią; poświęcił temu opowiadanie „Krótkie i szczęśliwe życie Francis Macomber”. Broniąc, miałem ułatwione zadanie: mogłem o tym, co najprawdopodobniej przeżywał oskarżony, opowiedzieć słowami laureata Nagrody Nobla. Podobnie było w sprawie Kredyt Banku, gdzie reprezentowałem rodziny zamordowanych pracowników. Szukałem odnośników, do których można było porównać tę sprawę. Oskarżeni dokonali okrutnej, bezmyślnej zbrodni. Takie morderstwo opisał Truman Capote w opartej na faktach książce „Z zimną krwią”. Podobieństwo było zadziwiające: tam autor przedstawił opis bestialskich morderstw minuta po minucie, w czasie procesu prze­żywaliśmy podobną wiwisekcję, oglądając na ekranach mo­ni­torów rekonstrukcję wydarzeń z podziemi banku.

Oskarżonym poświęcono artykuł w „Polityce”. Znajomi i sąsie­dzi przedstawiali ich jako grzeczne, spokojne osoby lubiące dzieci. Przypomniał mi się Adolf Eichmann, hitlerowiec, ­któremu ­powierzono rozwiązanie kwestii żydowskiej, współodpowiedzialny za śmierć milionów osób – o nim znajomi wyrażali podobne opinie. Te skojarzenia wykorzystałem w mowie oskarżycielskiej.Warto jak najwięcej czytać – często literacki pierwowzór może stać się elementem naszego wystąpienia.

Trzeba też uczyć się od mistrzów. Jest kilka lektur obowiązko­wych: „Erystyka, czyli sztuka prowadzenia sporów” A. Schopen­hauera, książka dziekana paryskiej Rady Adwokackiej F. Payena „O powołaniu adwokatury i sztuce obrończej”, czterotomowy zbiór „Najwybitniejsze mowy w historii”, „Proces brzeski”, gdzie przytoczone są przemówienia najznamienitszych obrońców dwudziestolecia międzywojennego, czy „Palestra” z wystąpieniami oskarżycieli posiłkowych w procesie toruńskim o zabójstwo księdza Popiełuszki.

Warto słuchać

Lektur odwołujących się do prawniczych wystąpień na szczęście nie brakuje. Poza czytaniemwarto słuchać. Gdy odbywałem aplikację, przemierzaliśmy sale sądowe w poszukiwaniu ciekawych spraw, przemówienia były przedmiotem komentarzy w bufecie sądowym. Ten zwyczaj zanikł. W nawale własnych spraw nie znajdujemy czasu, by uczyć się od innych, nie korzystamy z darmowych lekcji. Warto słuchać nawet marnych wystąpień zgodnie z zasadą, że lepiej uczyć się na cudzych błędach niż na własnych.

Warto perfekcyjnie znać sprawę

Podstawą dobrego przemówienia jest perfekcyjna znajomość sprawy. Nie wierzę w skuteczność „wielkich improwizacji”. Wykazując znajomość sprawy, zyskamy szacunek słuchacza, co więcej – sąd może chcieć skorzystać z naszej wiedzy, dopytując nas o interpretację elementów, które uzna za istotne. Zysk jest podwójny: mamy szansę domyśleć się, w jakim kierunku podąża rozumowanie sądu, i użyć argumentów uzasadniających korzystne dla nas rozwiązania. Gdy dowody przedstawiamy wybiórczo lub w sposób rozmijający się z realiami sprawy, sąd albo zwróci nam uwagę, albo zlekceważy nasze argumenty, uznając, że opieramy je na nieprawdziwych założeniach.

Warto odnosić się do wszystkich istotnych dowodów

Warto w przemówieniu odnosić się do wszystkich istotnych dowodów. Nie jest sztuką wyeksponowanie tych okoliczności, które przemawiają na naszą korzyść, ale zdyskredytowanie zeznań nas obciążających. Taktyka, że prokurator albo sąd czegoś nie dostrzegą, jest krótkowzroczna. Lepiej przecenić przeciwnika, niż go nie doceniać. Dlatego zarówno eksponujmy to, co dla nas korzystne, jak i identyfikujmy i zbijajmy argumenty przemawiające na niekorzyść naszego klienta. Nasze wystąpienie nie może pozostawać bez związku ze sprawą. Oczywiście nie musimy mówić tylko o konkretnym stanie faktycznym i związanych z nim przepisami, w ten sposób przy dłuższych przemówieniach znudzimy słuchacza. Wystąpienie powinniśmy urozmaicić. Możemy posłużyć się anegdotą, dowcipem, jeżeli charakter sprawy na to pozwala, prawie wszystkie chwyty są dozwolone. Istotne jest, by to, co mówimy, odnosiło się do tez, które chcemy wykazać. Przemówienia wygłoszone w oderwaniu od sprawy potrafią przynieść odwrotny efekt od zamierzonego. W latach osiemdziesiątych broniłem wraz z adwokatem słynącym z obron politycznych, niekryjącym niechęci do panującego ustroju. Proces dotyczył bójki stoczonej w wesołym miasteczku przez kilku dżentelmenów w stanie upojenia alkoholowego. Należało rozstrzygnąć, która strona była ata­kującą, a która atakowaną. Mówca rozpoczął wystąpienie, nawiązując do rozbiorów Polski, dokonał druzgocącej oceny rewo­lucji październikowej i stosunku ZSSR wobec państw Europy Wschodniej. Przemówienie historycznie było arcyciekawe, acz pozostające w bardzo luźnym związku ze zdarzeniami będącymi przedmiotem procesu. Na zakończenie okazało się, że obrońca przyczynę nagannych zachowań oskarżonych upatruje w polityce Związku Radzieckiego. Postawę młodzieńców tłumaczył jako przejaw buntu przeciwko narzuconemu ustrojowi. Wystąpienie miało charakter edukacyjny. Podejrzewam, że oskarżeni pierwszy raz w życiu mieli okazję posłuchać o historii Polski. Jednak słuchając wyroku, zastanawiałem się, czy nie otrzymali dodatku dysydenckiego. Ważne jest, by powoływane argumenty były adekwatne do kalibru sprawy. Ze spraw małych nie róbmy na siłę wielkich, nauczmy się zachowywać właściwe proporcje. Nie nadużywajmy słów i nie używajmy argumentów, które nas samych nie przekonują, bo nie przekonają też innych, a nam wystawią złe świadectwo. Broniąc, zachowujmy maksymalny dystans emocjonalny do sprawy, bo tylko wtedy zachowamy obiektywizm. Jeżeli za jakąś tezą zaręczamy swoim słowem, oznacza to, że znajdujemy się na skraju przepaści.

Dbanie o utrzymanie uwagi słuchaczy

Obowiązkiem mówcy jest dbanie o utrzymanie uwagi słuchaczy. Wartkość narracji, nagłe zwroty w dramaturgii przemówienia, posługiwanie się interesującymi figurami stylistycznymi, mówienie rzeczy ciekawych, wszystko to zwiększa szanse na to, że zostaniemy wysłuchani. Starajmy się dobierać oryginalne, czasem przewrotne intelektualnie argumenty – tak łatwiej wpłynąć na wyobraźnię słuchacza, niż posługując się banałem. Przykładem może być przemówienie mecenasa Geralda Gardiniera w sprawie z 1960 r. Korona przeciwko Penguin Books LTD (wydawnictwo chcące opublikować pełną wersję „Kochanka Lady Chatterley” autorstwa D.H. Lawrence’a oskarżono o naruszenie ustawy o obscenicznych publikacjach). Reprezentując wydawnictwo, adwokat zadał pytania odwołujące się do wyobraźni sędziów: „Świadkowie czytają książkę i nie stają się przez to zdemoralizowani i zepsuci. Nikt nie sugeruje, że Wysoki Sąd albo sędziowie przysięgli stali się zdemoralizowani i zepsuci. Zawsze dotyczy to kogoś innego, nigdy nas samych”2. Przemawiając, unikajmy monotonii, nie powołujmy się na okoliczności wszystkim na sali znane, w ten sposób możemy tylko uśpić słuchacza. Jeżeli nie jest to absolutnie konieczne, nie mówmy o rzeczach oczywistych, skupmy się na tym, co jest sporne i wymaga rozstrzygnięcia. Czasem mówcy, by skoncentrować na sobie uwagę, dopuszczają się ekstremalnych zachowań. W mowie na koniec procesu dotyczącego kłótni małżeńskiej zakończonej rękoczynami obrońca swoje przemówienie zaczął słowami: „Bzz, bzz, bzz”. Bzyczał tak przez ponad minutę, w końcu zirytowany przewodniczący nie wytrzymał i krzyknął na adwokata: „Panie mecenasie, proszę przestać, pan obraża sąd”. Obrońca oczekiwał takiej reakcji. Gdy udało mu się ją wywołać, normalnym już głosem przeszedł do meritum. „Widzi sąd – zwrócił się do orzekającego gremium – ja potrzebowałem kilkunastu sekund, aby wyprowadzić sąd z równowagi, a mój klient przez ponad dwadzieścia lat ze stoickim spokojem znosił prowokacyjne zachowania żony, zanim zareagował”. Nie wiem, czy ta technika obrony okazała się w efekcie skuteczna, ale zamierzony cel został osiągnięty – mówca przyciągnął uwagę sądu.

Różnorodne style wygłaszania mów

Wysłuchanie wielu przemówień pozwoli poznać różnorodne style wygłaszania mów obrończych. Jednak nie starajmy się bezmyślnie naśladować najlepszych. Każdy z nas ma swoje nie­powtarzalne predyspozycje, które powinien wykorzystać. Próba stylizowania się na innych może doprowadzić do katastrofy. Poznając arkana zawodu, z zapartym tchem słuchałem Tadeusza de Virion czy Krzysztofa Piesiewicza, zafascynowany intelektualnym ładunkiem ich wystąpień. Podziwiałem wspaniałe krasomówcze popisy Władysława Pocieja. Doceniam ich kunszt, ale nigdy nie starałem się żadnego z nich naśladować. Nie mój sposób skojarzeń i nie mój temperament. Próbując im dorównać, mógłbym się tylko ośmieszyć. Oni przemawiali na najwyższych poziomach konstrukcji intelektualnych, często niedostępnych dla przeciętnego odbiorcy. Ja wolę mówić prostym, łatwo przyswajalnym językiem. Takie wystąpienie z pozoru nie jest tak efektowne, jeśli jednak uda się utrzymać żelazną logikę i konsekwencję w prezentowanych poglądach, wprowadzić ciekawe figury retoryczne i odniesienia, można osiągnąć pozytywny efekt. Nie próbujmy się wbić w cudzą skórę.

Idol zawodowy

Warto jest mieć swój wzór zawodowy idola, któremu chciałoby się dorównać. Jeśli jest on z innej epoki, tym lepiej, nigdy nie dojdzie do konfrontacji. Dla mnie taką osobą jest Clarence Darrow, amerykański adwokat przełomu XIX i XX wieku. Stał się bohaterem książki Irwinga Stone’a „W imieniu obrony”. Ten autor pisał biografie najwybitniejszych ludzi i do takich osób zaliczył obokMichała Anioła, van Gogha czy Jacka Londona także adwokata. Clarence Darrow zasłużył na to – był obrońcą spraw słusznych, acz często niepopularnych. Sławę zdobył jako obrońca przywódców związkowych. Był liberałem, zdeklarowanym przeciwnikiem kary śmierci, bronił w najsłynniejszych procesach, m.in. w sprawie stan Illinois przeciwko Leopoldowi i Loebowi. Byli to studenci zafascynowani filozofią F. Nietzschego, którą interpretowali w specyficzny sposób. Uznali, że to oni są wybrańcami, których nie obowiązuje prawo moralne. Stwierdzili, że mogą rozporządzać losem innych, i postanowili popełnić morderstwo doskonałe. Zabili swojego kuzyna. Zostali zdemaskowani po kilku dniach. Jedyną niewiadomą w procesie było, czy zostaną skazani na śmierć, czy dożywotnie więzienie. Publiczność domagała się krwi. Do historii przeszło przemówienie Darrowa, będące jednym z najsłynniejszych w historii protestów przeciwko karze śmierci. Przemawiał przez trzy dni. Dziennikarze nazwali go starym lwem po tym, jak zrzuciwszy marynarkę, w samej koszuli miotał się po sali sądowej i zachrypniętym ze zmęczenia głosem przekonywał, że okrucieństwo rodzi jedynie okrucieństwo. Wygrał, sąd nie orzekł kary śmierci. Wielką próbą charakteru jest występowanie naprzeciw wrogo nastawionej publiczności. Darrowto uwielbiał. Ekranizacji doczekała się jego obrona w sprawie stan Tennessee przeciwkoJohnowi T. Scopesowi w tzw. małpim procesie, gdzie bronił nauczyciela, któremu zarzucono nauczanie teorii ewolucji Darwina. Sala sądowa wypełniona była fundamentalistami wznoszącymi modły za wyrok skazujący. Nie jest łatwo bronić, gdy ma się przeciwko sobie tłum fanatyków odpornych na merytoryczne argumenty. Podobną sytuację przeżyłem, reprezentując ministra przekształceń własnościowych Janusza Lewandowskiego w sprawie przeciwko prezesowi NIK Lechowi Kaczyńskiemu, który zarzucał ministrowi nierzetelność przy przeprowadzanych prywatyzacjach. Na sali rozpraw prezesowi towarzyszył tłum zwolenników palących świece w intencji jego zwycięstwa i skandujących „precz z żydowskimi bankierami”.Darrow osiągnął to, co wtedy mi się nie udało: spowodował, że pod wpływem wygłoszonych argumentów wrogo nastawiony tłum zmienił swoje sympatie.

Trema przed wystąpieniem

Aby w takich sytuacjach nie sparaliżował nas strach czy trema, musimy uodpornić się na stres. Często przez widzów będziemy identyfikowani z osobą, którą bronimy. Musimy pamiętać, że zawsze stoimy po słusznej stronie.

Jak powiedział mecenas Tadeusz de Virion, nigdy nie bronimy zbrodni, ale osoby stojącej pod zarzutem. Pomoc obrońcy jest warunkiem koniecznym sprawiedliwego procesu, inaczej mielibyśmy do czynienia z inkwizycją. Nie możemy koncentrować się na tym, jak zostaniemy odebrani, i starać się przypodobać widowni. Bycie adwokatem pociąga za sobą wystawianie się na krytykę, która z obiektywizmem często nie ma nic wspólnego. Są sprawy, w których nie odniesiemy sukcesu, ale istotny jest styl, w jakim przegrywamy. Klasę adwokata wyznacza nie treść wyroku, ale jakość przeprowadzonej obrony.

Zachowania wybitnych adwokatów przechodzą do historii. Me­ce­nas Franciszek Nowodworski w 1913 r. przed sądem carskim bronił działaczy Narodowego Związku Robotniczego. W trakcie procesu zachorował, lekarze zabronili mu udziału w sprawie. On zdecydował, że nie pozostawi klienta bez obrony. Nie mógł chodzić, więc kazał zanieść się do sądu, a że nie mógł stać, przemawiał, klęcząc. Uniewinniono klienta, ale mecenas znalazł się w szpitalu. Nie rekomenduję, by będąc obłożnie chorym, przychodzić do sądu, ale nasze podejście do sprawy wpływa na końcowe świadectwo, jakie sobie wystawiamy.

Techniki konstruowania mowy końcowej

Co do techniki konstruowania mowy obrończej, by móc ją przygotować, trzeba sprawę doskonale poznać. Nie jest to łatwe – akta liczą i po kilkadziesiąt tomów. Ja staram się usystematyzować stan faktyczny tak, by móc go ująć w formie krótkiego konspektu. Potem szukam klucza do sprawy, taktyki, jak ją rozegrać; może nią być kruczek prawny, który przesądzi losy procesu. Jeden dobry pomysł proceduralny może okazać się skuteczniejszy od wielogodzinnego przemówienia. By znaleźć sposób na sprawę, trzeba o niej myśleć. Rzadko trafiają się rozwiązania stuprocentowo skuteczne. Nigdy nie mamy pewności, czy tym, co wymyśliliśmy, przekonamy sąd, dlatego nie możemy spoczywać na laurach. Zawsze warto mieć w zapasie dodatkowe argumenty. W jednej ze spraw obrońca znalazł uchybienie, które dyskwalifikowało wyrok. Zgodnie z orzecznictwem i doktryną orzeczenie skażone taką wadą nie powinno się ostać. Apelacja oparta została na tym argumencie. Niestety sąd ją oddalił. Przyznał wprawdzie, że dotychczasowe orzecznictwo było zgodne z tym, co twierdził obrońca, jednak prawo nie ma charakteru precedensowego i inne orzeczenia nie wiążą sądu, w którego ocenie w tej sprawie powołane uchybienie nie miało wpływu na treść wyroku.

Wiele spraw wydaje się beznadziejnymi, skazanymi na niepowodzenie. Taki sposób myślenia trzeba wyeliminować, zawsze jest coś do osiągnięcia. Gdy się nie uda, zawsze możemy pocieszyć się maksymą: „Żadna sprawa nie jest do końca przegrana, zawsze może posłużyć za negatywny przykład”. Przed sądem odwoławczym toczył się wieloosobowy proces. Przez wiele godzin przemawiali najznakomitsi adwokaci. Na sam koniec głos zabrał oskarżony, który bronił się sam. Po tym, co zostało powiedziane, nikomu przez myśl nie przeszło, że może wnieść coś nowego. Wystąpienie rozpoczął od stwierdzenia: „Moim zdaniem ten wyrok jest nieważny, bo nie został podpisany przez sędziów”. Uchybienie to uszło uwadze wszystkich. Nikt nie podejrzewał, że można popełnić tak oczywisty błąd. To lekcja, że wszędzie może być ukryty klucz do wygrania sprawy. Roz­wią­zania przychodzą w nieoczekiwanych momentach. Od lat sypiam z notesem przy nocnym stoliku. Często nad ranem zapisuję po­mysły, żeby nie umknęły.

Gdy poznamy sprawę, zidentyfikujemy słabe strony oskarżenia i opracujemy własną taktykę, możemy przystąpić do przygotowywania przemówienia.

Istnieje szereg powiedzonek prawniczych mających gwarantować skuteczność obrony: „Kiedy masz prawo po swojej stronie, wal w fakty, kiedy masz fakty po swojej stronie, wal w prawo, kiedy nic nie jest po twojej stronie, wal w stół” czy „Jeśli nie możesz ich pokonać, to zamąć im w głowie”. Brzmią atrakcyjnie, ale do każdej sprawy trzeba podejść indywidualnie.

W przemówieniu sztuką nie jest opowiedzenie sprawy, bo wszyscy ją znają, sztuką jest nadanie jej naszej własnej interpretacji, do której przekonamy innych. Proces sądowy jest podobny do spektaklu teatralnego. Różnica polega na tym, że w sądzie nie ma napisanych wcześniej kwestii. Od nas tylko zależy, czy w czasie procesu pozostaniemy statystami, czy widzowie uznają, że odegraliśmy pierwszoplanową rolę. Często trzeba powstrzymać pokusę zabłyśnięcia. Naprawdędobrze wykonuje swoją pracę nie ten, kto przyciąga uwagę publiczności, ale ten, kto odnosi określony efekt. Broniłem w sprawie, w której sędzia nie potrafił zachować pozorów bezstronności i pewne było, że zapadnie wyrok skazujący. Dokonałem analizy sytuacji. Powiedzenie czegokolwiek byłoby zdradzeniem argumentów obrony. Wtedy cały wysiłek sądu przy pisaniu uzasadnienia zostałby skierowany na ich zdezawuowanie. Po co zawczasu zdradzać swoje atuty, mając pewność, że na tym etapie nie pozwolą wygrać? Podjąłem decyzję, by zrezygnować z przemówienia, poprosiłem o uniewinnienie i usiadłem. Z zaciśniętymi zębami zniosłem komentarze o niewykonywaniu powinności obrończych. W konsekwencji opłaciło się: w uzasadnieniu sąd nie odniósł się do wielu istotnych kwestii, co umożliwiło uchylenie wyroku. Oczywiście takie sytuacje należą do wyjątków. Jednak zawsze powinniśmy się zastanowić, czy w przemówieniu wykorzystać wszystkie argumenty. Zawsze musimy liczyć się z wyrokiem skazującym, a zatem dobrze mieć w zapasie coś do wykorzystania przed sądem odwoławczym – największe szanse powodzenia mają zarzuty dotyczące naruszenia procedury. Co do konstrukcji przemówienia: na początku radziłem, aby nie pisać go na kartce. Co zatem zrobić, aby nic z tego, co chcemy powiedzieć, nam nie umknęło? Ja wypisuję tezy, które chcę poruszyć, po czym zastanawiam się, w jak najbardziej efektowny i efektywny sposób przedstawić je sądowi. Swoją technikę przygotowywania przemówień zapożyczyłem od Marka Hłaski. W swojej książce „Piękni dwudziestoletni” opisywał, jak pracuje nad książkami. Gdy jakaś historia przychodziła mu do głowy, opowiadał ją każdemu, kogo spotkał, przedstawiając jej różne warianty. Gdy opowieść przybierała właściwą dramaturgię, przystępował do jej spisywania. Ja zrezygnowałem tylko ze słuchaczy; przemówienia układam w głowie, często wieczorami, leżąc w łóżku. Gdy jestem zadowolony z efektu, zapisuję we właściwej kolejności tezy do omówienia. Metoda miała skutki uboczne. Moje życie uczuciowe legło w gruzach po tym, jak w nocy, myśląc nad nowymi koncepcjami obrony, odruchowo zwracałem się do żony: „Proszę wysokiego sądu”. W dniu przemówienia może się okazać, że wobec argumentów oskarżyciela to, co przygotowaliśmy, jest niewystarczające. Notuję tezy prokuratora i najpierw staram się do nich odnieść, a potem przechodzę do tego, co przygotowałem. Czasem tak się nie da i wszystko trzeba przekonfigurować. W miarę zdobywania praktyki ripostę jesteśmy w stanie przygotować w kilka sekund. Nigdy nie powinniśmy wątpić, że damy sobie radę.

Kolejna z prawniczych zasad brzmi: „Ten, co twierdzi, że coś jest niewykonalne, nie powinien przeszkadzać wykonawcy”.

Reasumując

Przykro mi, jeżeli państwo nie znaleźliście w artykule tego, czego oczekiwaliście – gotowej recepty, jak w weekend nauczyć się wygłaszać przemówienia i wygrywać sprawy. Bycie obrońcą to sztuka, do której dochodzi się latami, co gorsza – z każdym rokiem wykonywania zawodu dostrzegamy coraz więcej swoich wad. By dobrze bronić, musimy skumulować w sobie poza talentem wiele umiejętności: znajomość prawa, zdolność logicznego myś­le­nia, wiedzę ogólną, pasję, odwagę. Przed tymi, którym to się udało, chylę czoła.


* Wspólnik w kancelarii adwokackiej Pociej, Dubois i Wspólnicy Sp. j., autor ksią­żek, felietonów, słuchowisk radiowych.

1 A. Bloch, Prawnicze prawa Murphy’ego, Poznań 2000.

2 F. McLynn, Słynne Procesy, Warszawa 1996.